Wojtuś ma trzy i pół roku

Każdy rodzic ma swój ulubiony wiek dziecka. Jednych kręcą bezzębne kluseczki, inni znajdują upodobanie w przedszkolakach, jeszcze inni w studentach daleko od domu. Generalnie skłaniam się ku pierwszej opcji, ale że nie mam, co lubię, to lubię, co mam. A mam najradośniejszego i najsłodszego trzyipółlatka w galaktyce 🙂


Poranki z Wojtusiem są cudowne. Najpierw słyszę „kochana mamusiu, pjosie dać duzi siok”, a potem nadchodzi czas na przytulaski i wyznania:
– Jubie cie, napjawde cie jubie!… O, jak psijemnie!… – wzdycha, przymykając oczy i tuląc się do mnie.

Czasem na tych przytulaskach można się przejechać:

– Jesteś moim słodkim, malutki ślimaczkiem! – mruczę, mając w pamięci zabawę w ślimaczki, uskutecznianią o poranku z Michasiem.
– A ty jeśteś moją… siałatką – słyszę w odpowiedzi. I śmieje się, zadowolony z dowcipu.

W ciągu dnia też nie szczędzi mi komplementów:

– Jeśteś taka piękna!
– Dziękuję Wojtusiu.
– Pjosie.

Innym razem usłyszałam dość zagadkowe:

– Jeśteś taka… ubjana.

Opowiada dowcip, który niezmiennie bawi wszystkich słuchaczy:

– Dzień dobjy, do ciego siuzią te okujajy?
– Do widzienia.

Ze smakiem zajada jabłka i czereśnie, za truskawkami nie przepada. Wrócił do jedzenia fasolki szparagowej, ale bób mu nie smakuje. Uwielbia ogórki, szczególnie kiszone, ale świeże także. Lubi pomidory, twarożek, kiełbasę wiejską. Nadal szaleje za pierogami ze szpinakiem, chętnie je kotlety (ale nie nuggetsy) i drożdżówki z budyniem. Ulubione zupy to klasyczne pomidorowa i ogórkowa. Ale nie rosół, za rosołem nie przepada. Lody – tylko białe.

Obawiam się, że mogliby go porwać do Sevres jako wzór uprzejmości i słodyczy. Mówi „dzień dobry” wszystkim, których spotykamy na ulicy, dla każdego ma dobre słowo (spotykamy sąsiadkę z psem na smyczy, uroda psa jest z gatunku, jak to mawiała Maria Czubaszek, nienachalnych, a Wojtuś: „O, jakiego ładnego pieska pani ma!”), kiedy idący z naprzeciwka starszy pan uśmiecha się i otwiera ręce, Wojtuś przytula się do niego spontanicznym gestem, aż panu oczy się szklą. Ładnie prosi, gdy czegoś chce. Przeprasza, gdy puści bąka („psiepjasiam, źjobiłem pujaśka”). Jest bardzo pogodny, budzi się z uśmiechem, uśmiecha do wszystkich przez cały dzień. Chwilo trwaj!!!!!!!! Pamiętam ten etap u jego starszych braci i tylko łzy nostalgii ocieram.

Gada jak nakręcony.
– To jeśt jowejek Zosi. A tu jeśt pjąd. Nie wojno dotykać pjądu. Ziobacie pjąd – i otwiera niedomkniętą skrzynkę z sąsiedzkim licznikiem.

Kiedy jedziemy samochodem, cały czas opowiada mi, co widzi. Skołowana proszę „Wojtusiu, nie mów przez chwilę, muszę się skupić, bo nie wiem gdzie skręcić!” i przypominam sobie, jak to rok temu martwiłam się, że mówi niewiele i głównie po swojemu…

Teraz ma faze na klucze – otwiera wszystkie zamki, ledwo dosięga do skrzynki na listy, ale twardo majstruje.

Jest bardzo samodzielny, sam się ubiera i zapina guziki. Oczywiście wtedy, gdy sam tego chce.

Któregoś dnia wychodziliśmy na spacer i podjęłam próbę optymalizacji czasu opuszczenia domu.
– Wojtusiu, idź założyć buty, a ja w tym czasie spakuję prowiant.

Idea bardzo przypadła mu do gustu:
– Ty mi ziapinaj butki, a ja w tym ciasie będę siedział.

Uwielbia chodzić boso (imię zobowiązuje, choć nie dostał go na cześć WC). Na placu zabaw od razu zdejmuje buty i skarpetki i biega na bosaka nie tylko po piasku, ale i po chodnikach i trawie. Wczoraj ugryzła go mrówka. Ból był okrutny, cierpienie niewyobrażalne. Pomogło przemycie stopy wodą mineralną, następnie owinięcie chusteczką higieniczną i kwadrans czułego tulenia do matczynej piersi. Nie bez znaczenia było też to, że dosiadły się do nas moje dwie empatyczne koleżanki. Otoczony współodczuwającymi niewiastami Wojtuś szybko przyszedł do siebie. Najpierw twierdził, że nie da rady wrócić do domu rowerkiem i będę musiała go nieść, a już po chwili biegał z kolegami i grał w piłkę, śmiejąc się radośnie. Nadal boso.

Jako najmłodsze dziecko w rodzinie czerpie garściami ze swoich przywilejów. Trzyipółletni Piotruś nawet nie marzył, że mamusia będzie go nosić na rękach, a Wojtuś uważa, że mu się to należy jak chłopu ziemia, ilekroć padnie błagalne „na jąćki”. Próbuję go trochę mitygować i chronić swój kręgosłup, więc kiedy domaga się noszenia, siadam i biorę go na kolana, nie szczędząc czułości.

– To nie jeśt na jąćki – zauważył surowo przy pierwszej takiej okazji – I juź mnie nie ciałuj.

Bardzo lubi zabawę w gotowanie. Prawdziwe gotowanie też, chętnie zakłada uszyty przez Babcię Jasię fartuszek z Bobem Budowniczym i towarzyszy mi wytrwale w kuchni. Któregoś dnia w zabawie zaprosił mnie na obiad. Nakrył sam (vide zdjęcie). Byłam w szoku, pamiętam bowiem, że kiedy mieszkałam w internacie sióstr urszulanek, nastoletnie dziewczyny uczyły się od sióstr tej sztuki.

Bawimy się w restaurację.

– Cieś pićcie?
– Poproszę pizzę.
– Pjosie, pićcia. A cieś wino?
– Do pizzy? – pytam, lekko zaskoczona pomysłem.
Chwila konsternacji…
– Nie, do śklanki.

Któregoś dnia przy kolacji pytam licznie zgromadzoną przy stole młodzież:

– I jak wam smakuje sałatka, robaczki?
– Bardzo dobra – odpowiadają Piotrek i Michał.
– A mnie nie śmakują jobaćki! – odpowiada lekko nadąsany Wojtuś.

Pewnego dnia układamy puzzle i rozmawiamy o widocznych na nich przedstawicielach różnych profesji.

– To jest rycerz. Co on robi?
– Wajci zie śmokiem i jatuje ksieńźnićki.
– A co robi strażak?
– Śtjaziak gasi ogień.
– A to jest pilot. Co robi pilot?
– Włońcia tejewizioj.

Liczy po polsku i po angielsku do dwudziestu, nazywa kolory raz po polsku, raz po angielsku (na niebieski uparcie mówi „bju”). Na pytanie „How are you?” odpowiada „Fajn fenkju” lub „Ajm Wojcio”. O sobie mówi „Wojcio”.

Lubi wspominać minione dni. Na przykład od tygodnia opowiada, jak to zerwał zasłonę u niani w domu. Ale są bardziej zagadkowe wspomnienia.

– Wciojaj u Jujki był komaj.
– Komar był u Julki? Nie zauważyłam.
– Nie komaj. Homaj.
– Homar?! Eee, homara tam na pewno nie było, to żółw był.
– Nie ziuw. No był taki ho…ho… Taki śłodki!
– Aaaaaa!!! Chomik!!!!

Uwielbia czytać książki. Ulubione lektury to „Rok w lesie”, „Rok w mieście” (czytamy na okrągło, co wieczór), „Mydło” (nazywane wciąż „bjudasami”), „Gdzie jest Smerfuś?”. Przypomniał sobie o „Bekach, smarkach, pierdach” (po dwóch wieczorach ukryłam w pudle z książkami przeznaczonymi do wyniesienia) i „Dlaczego dorośli mają dziwne zęby?”. Ostatnio z przyjemnością słucha też dłuższych opowieści, co mnie bardzo cieszy, bo po kilku latach przerwy wróciłam do czytania „Śpiewającej lipki”, moich ukochanych baśni z dzieciństwa (mam wydanie sprzed lat, to, które czytała nam Mama). Lubi „Biblię dla maluszków”, a także harmonijkową książeczkę „Aniele boży”.

Przed zaśnięciem słucha „Przygód Piotrusia Pana” („o pijatach) lub kołysanek Magdy Umer i Turnaua lub „Dzieci z Bullerbyn”. Ma oczywiście swoje ulubione rozdziały: o ziembach („Ollemu rusza się ząb”), o kuzieniu („Wiśniowa spółdzielnia” – sprzedawali wiśnie przy drodze, na której okropnie się kurzyło), a ostatnio – o piejoźkach.

– Pierożki? Ale w którym rozdziale było o pierożkach?
– Cidziestymciecim.

Oczywiście w trzydziestym trzecim nie było, ale nieoceniona Marta Kisiel podpowiedziała mi, że chodzi o „Lasse poluje na dzikie bawoły”. Ufff.

Próbuję go nauczyć samodzielnego zasypiania, ale jeszcze długa droga przed nami. Nie jestem szczególnie zdeterminowana, powiedzmy sobie szczerze, bo bardzo lubię nasze wspólne u/zasypianie. Czasem zostaje w pokoju sam, z misiem, przy włączonej lampce i audiobooku, ale najczęściej domaga się ludzkiej obecności. Kiedy jest moja kolej, kładę się z nim bez dyskusji, a kiedy wypada kolej Męża, deleguje on zadanie na Piotrusia lub Michasia.

Ostatnio wpadłam w nastrój refleksyjny.
– Patrz – mówię do Męża – jak to dobrze, że nam się jeszcze Wojtuś trafił. Chłopaki na obozie, to byśmy siedzieli w pustym domu jak stare dziadki. A tak – jest za kim biegać.

Najlepsze życzenia, nasze słoneczko 🙂

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , , ,

9 comments on “Wojtuś ma trzy i pół roku
  1. kwiatkowska napisał(a):

    Zapomniałam już zupełnie jak rozkoszne i roztropne potrafią być 3 i półlatki. Dużo radości dla Was obojga.

  2. Ania napisał(a):

    Cudny Wojtuś

  3. Angelika mama Julity napisał(a):

    Sto lat „Wojcio”! Mój Wojtuś równo rok młodszy też wymienia kolory uparcie po angielsku i taki sam maminy przytulasek Przyjemnie się czytało choć smutne to jak czas leci, pozdrawiam Was serdecznie

  4. Maja napisał(a):

    Przeczytałam i pomyslałam jak to miło byłoby mieć jeszcze małego chłopczyka … Tak, to mówiłam ja, która nie lubiła dzieci i nie planowała żadnych bachorów! A teraz jedna taka bez oporów ładuje się na kolanka, a druga wisi mi u nogi i obie domagają się tulaskow, a zaraz potem kotlecików :).

  5. kh napisał(a):

    Wszystkiego najlepszego słodziaku!

  6. Ania napisał(a):

    Przecudowny jest ❤️ Ciocia ściska i śle dużo całusów dla małego dżentelmena:)

  7. Jagodowa napisał(a):

    Oj, żeby wszyscy potrafili tak kochać swoje dzieci… Ja mam ośmiolatkę, więc TEN etap mamy już za sobą ale wciąż, choć już rzadziej, wzrusza mnie jej dziecięcość 🙂

  8. Dorota napisał(a):

    Śliczny chłopczyk, a jaki madry! I jakie poczucie humoru!
    Bardzo wzruszajace. Wojtuś jest cudowny.
    Też Dorota

  9. kolorki napisał(a):

    Uwielbiam ten czas, a że u nas po raz pierwszy w tzw normalnym trybie, to nie mogę się nadziwić małej mądralińskiej :)) jestem zachwycona!! Chwilo trwaj (zanim przyjdzie kolejny krok milowy i nastąpi jakiś bunt)!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*