Żuczek na zielonej szkole

Królowa Matka Bandy Czworga tak pięknie opisała sprawę przykazań, w które wyposażyli na kilkudniową wycieczkę swojego szóstoklasistę, aż mi się przypomniała zielonoszkolna przygoda Żuczka.

Na zieloną szkołę z klasą Żuczka pojechał tata Trzmiela.

– Niech się pan tam trzyma! – dodała mu otuchy wzruszona Mama Żuczka przed odjazdem autokaru i zaraz posypały się w jego stronę ciepłe słowa od pozostałych rodziców, w pełni ogarniających rozmiar jego poświęcenia. Nieoceniony tata Trzmiel codziennie pisał kilka słów o tym, jak minął dzień i co robili, zdjęcia wysyłał i ojcował dzieciom bardzo.

Żuczek otrzymał na okoliczność zielonej szkoły żałosne 20 zł kieszonkowego. Matka jego bowiem obliczyła, iż 5 zł dziennie jest kwotą wystarczającą na rozpustę konsumpcyjną w postaci chipsów, żelków i innego tałatajstwa. Im mniej kasy dostanie, tym mniej świństwa zje, pomyślała przebiegle Mama Żuczkowa, zawsze kierująca się troską o zdrowie potomstwa.

Żuczek, trzeba mu przyznać, zachował się z godnością. Nie wrzasnął, nie rzucił się na podłogę ani nic z tych rzeczy. Być może dlatego, że go zamurowało. Z niedowierzaniem popatrzył na wyciągniętą ku niemu dłoń z dwoma piątakami i jedną dychą.

– Możesz wydać 5 zł dziennie, tylko żadnych pamiątek nie kupuj – napomniała Mama, mając w pamięci kotka z Wieliczki.
– Ale nawet Żukowi nie mogę nic kupić?! – otrząsnął się ze stuporu Żuczek – On mi z zimowiska przywiózł Pikachu!

Mama Żuczkowa przygryzła wargę. Faktycznie, od jakiegoś czasu w domu Żuczków zapanowała moda na przywożenie upominków braciom, zwyczaj na tyle ładny, że Mama Żuczkowa nie zamierzała go rugować. Pierwszy upominek braci dla Żuczątka bardzo ją rozbawił, bo był zapowiadany głośnie i od progu, a sprowadzał się do paczki chrupek kukurydzianych. Jednak Żuczątko było zachwycone, a bracia dumni i szczęśliwi. Czego chcieć więcej?

– Obawiam się, że w tej kwocie już żadnego prezentu nie zmieścisz… – rzekła z wahaniem, by nie rozbudzać przesadnych nadziei w dziecku. Nieśmiała myśl o powiększeniu funduszu pyknęła jak rozgniata paznokciem wesz.
– Dam radę! – wykrzyknął Żuczek optymista.

No i dał, w końcu to Żuczek. Przywiózł braciom dwa… eeee…. zwierzaczki wyplatane z papieru a la wiklina, a ojcu na Dzień Ojca motylka naniesionego na kawałek drewna metodą decoupage.

– Motylka zrobiłem sam, biedronkę dostaliśmy na pamiątkę warsztatów, tylko żółwia kupiłem! – emocjonował się własną zaradnością.
– I tak na wszystko ci wystarczyło, no, no, wspaniale! – Mama Żuczkowa otarła oczy rąbkiem fartucha. Od urody żółwia tak jej łzawiły.

Jakoś dwa dni później w sercu Mamy Żuczkowej obudził się jednak niepokój, jakaś myśl ćmiąca jak ból zęba, jak zadra w perfekcyjnie zrobionym manicure…

– Żuczku, a ty przypadkiem nie pożyczałeś od nikogo pieniędzy?…
– Nieeee… To znaczy taaaak, bo szliśmy do sklepu i pani mnie zapytała, czy idę, a ja powiedziałem, że nie idę, bo nie mam pieniędzy, a wtedy tata Trzmiela zapytał mnie, czy mi pożyczyć, to się zgodziłem.

ZGODZIŁ SIĘ, czujecie!!

– Ile? – zapytała sucho Mama Żuczkowa.
– 7,60.
– I nie powiedziałbyś o tym, gdybym nie zapytała? Przecież uczę cię, że długi należy oddawać!
– Zapomniaaaaaałem.

Pasy drzeć to mało.

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi:

2 comments on “Żuczek na zielonej szkole
  1. kwiatkowska napisał(a):

    U nas jest kategoryczny zakaz obecności rodziców na zielonych szkołach. Jadą sami nauczyciele. My wiemy tyle, ile nam dzieci powiedzą. Wszyscy psychicznie zdrowsi i szczęśliwsi (może oprócz wychowawców, ale się nie skarżą :)) Bardzo pomysłowy Żuczek z tymi zwierzątkami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*