Wojtuś debiutuje w przedszkolu

Pierwszy termin składania podań do przedszkola przegapiłam. Złożyłam w trybie rekrutacji uzupełniającej i 1 sierpnia zadzwonił telefon, że zapraszamy na podpisanie umowy. Pomogło nam to, że wiele prywatnych przedszkoli zmieniło status na publiczne, z pięcioma godzinami za darmo i kolejnymi za 1 zł, więc rodzice mają w czym wybierać. I tak 4 września Wojtuś pomaszerował do placówki.

Chyba ślepnę coraz bardziej, wszystkie zdjęcia nieostre mi wychodzą :/

Pierwszego dnia odprowadziliśmy go rodzinnie, ja i starsi bracia. Protoplastę zostawiliśmy w domu, gdyż był wyraźnie przygnębiony debiutem ukochanego syneczka w placówce oświatowej, siał defetyzm i zagęszczał atmosferę.

Rano, gdy rozespany Wojtek przytuł się do niego, Mąż, targnięty spazmem wzruszenia, spytał:

– A on przypadkiem nie jest za mały do przedszkola?…

Zgrzytnęłam zębami, wyszykowałam nas w locie i wyszliśmy z domu, bo przeczuwałam bulgoczące w Mężu kolejne pytania z gatunku „A co, jeśli będzie płakał?”, ewidentnie sugerujące dziecku niepożądaną aktywność i rozdzierające matczyne serce już samą perspektywą tej strasznej sceny, a do tego rujnujące moją pieczołowicie obraną strategię.

Owa strategia przetrwania koszmaru adaptacji obejmuje:

1. Tryskanie (nieco podkręconym, powiedzmy sobie szczerze) optymizmem – krok sprężysty, promienny uśmiech od rana, entuzjastyczne okrzyki „Wstawaj, mój przedszkolaku!”, „Ubieraj się, dzielny przedszkolaku!”, „Idziemy do przedszkola!”; pomaga nam, że Piotruś i Michaś zaczynają lekcje o 8.00, więc nie ma, że ktoś zostaje w łóżku. Mąż próbował się opierać, że niby on ma na 9.00, ale byłam nieugięta. Wstajemy wszyscy.

2. Dręczenie starszych dzieci prośbą „opowiedzcie Wojtusiowi, co dla was było najfajniejsze w przedszkolu”.

3. Prezentację nauczycielek – ponieważ wszystkie panie są mi znane z czasów Michasia, mogłam Wojtkowi opowiedzieć coś o każdej z nich, zanim jeszcze je poznał, np. „Pani Ania super przytula, jak będziesz chciał się przytulić, to koniecznie do pani Ani!”; „Pani Beatka wymyśla świetne zabawy”; „Pani Irenka pomoże ci umyć rączki”.

4. Stanowcze ucinanie padających z otoczenia pytań, zawierających niepożądane sugestie:
„A chcesz iść do przedszkola?” – nie sugeruj, że może nie chcieć!
„A jutro też pójdziesz do przedszkola?” – nie rób mu nadziei, że ma wybór!
„A nie będziesz płakać?” – na miłość boską!!!
„I zostaniesz tak sam?” – jakie sam, nie sam, tylko z innymi dziećmi i paniami!

5. Jasne stwierdzenie: chłopcy idą do szkoły, mama i tata do pracy, ty do przedszkola.

6. Naoczne potwierdzenie faktu, że wszyscy idą do swoich obowiązków: odprowadzamy najpierw starszaki do szkoły, Wojtuś się z nimi żegna, a potem we dwoje idziemy dalej.

7. Zagadywanie: może opowiesz dziś paniom kawał o Jasiu? A w co się bedziesz dzisiaj bawił?

8. Szybkie pożegnanie, rzucone w locie pa! – i zamykam za sobą drzwi sali. Zero sentymentów, całusków i uścisków. Odlepienie od siebie rozpaczliwie przyssanego dziecka to koszmar, przeżywałam to już dwa razy, dziękuję serdecznie. Zamiast długich i namiętnych pożegnań stosuję taktykę gorących powitań oraz nie szczędzę całusów i przytulasów rano, wieczorem i po południu.

No i tak. Pierwszego dnia wpadamy do szatni niemalże ze śpiewem na ustach, a tam na centralnym miejscu siedzi przeraźliwie płaczący chłopczyk, a nad nim zrozpaczeni i bezradni mama i tata. Wojtek patrzy zdziwiony, ja organizuję akcję szukania jego półeczki, rzucam raźno: „Kto pierwszy znajdzie wieszaczek Wojtusia?”, starsi chłopcy szukają, robiąc zwyczajowe zamieszanie. Z sali na dole wychodzi pani Celinka, witamy się serdecznie, pani zachwyca się Michasiem, swoim nie tak dawnym podopiecznym, nie dowierza, że Wojtek, który przychodził ze mną po Michasia w stanie prenatalnym, już sam dorósł do wieku przedszkolnego. W tumulcie cichnie płacz nieszczęśliwego Jasia. Odprowadzamy Wojtka na górę, znowu serdecznie witamy się z paniami, w drzwiach robi się zamieszanie, bo dużo ludzi przychodzi naraz, więc machamy do Wojtka i ewakuujemy się pospiesznie.

Odbieram go o 11.30, po drugim śniadaniu. Jestem zaskoczona, ile mi opowiada, bo starsi nie byli skorzy do pogawędek na temat czasu spędzonego w przedszkolu. Pytałam: „Co jadłeś?”, słyszałam: „Nic”. „Z kim się bawiłeś?” – „Z nikim”. „A czym się bawiłeś?” – „Niczym”.

Tymczasem Wojtek sypał opowieściami jak z rękawa. Że Jasiu płakał i pani z nim rozmawiała. Że siedzieli na dywanie i słuchali muzyki. Że podoba mu się kuchenka do gotowania i że gotował razem z Olą. I że bawił się z dziewcinkami. Po południu dopytywał, czy przedszkole jest otwarte i czy pani Beatka jeszcze jest w przedszkolu, a gdy powiedziałam, że tak, pani bawi się z dziećmi, chciał iść od razu.

Drugiego dnia w drodze do przedszkola był już mały smuteczek. „Mamo, pjosię, ziośtań zie mną, tak bajdzio cię pjosię”. Dusza załkała, ale pogodnym tonem wyjaśniłam, że to wykluczone, inne mamy nie zostają, przedszkole nie jest dla mam, tylko dla dzieci, dzieci idą do przedszkola, mamy idą do pracy. Ale jednocześnie zastanawiał się, czy pani Beatka będzie miała na sobie bluzkę z motylkiem. Na górze powtórzyłam manewr: dzień dobry, pani Beatko, Wojtuś pyta o bluzkę z motylkiem, pa syneczku! I odwrót na pięcie.

Przyszłam po obiedzie, o 14.00. Co to była za radość (obopólna)! Jakie uściski! „Psiśłaś juś ź pjaci? Dziękuję, zie po mnie psiśłaś, dziękuję!” I znowu były opowieści, tym razem o zabawie z Hanią i o pani Ani, i o tym, że „chłopciki budowaji siamochody, a ja źnajaźłem tsi kółka”. Po południu chciał wrócić do przedszkola, a wieczorem Michałkowi nawet zaśpiewał piosenkę o prawej i lewej rączce.

Kryzysik nadszedł dnia trzeciego. Od rana wszystko było na nie. Nie chciał się ubierać, wychodzić z domu, ani odprowadzać braci do szkoły, więc chłopcy poszli na przystanek, a my zbieraliśmy się powoli.

– Idziemy do przedszkola… – mantrowałam z dużo mniejszym entuzjazmem niż w poniedziałek, wstawanie o 6.00 jakoś mi nie służy.
– W przedszkolu to on już był – wypsnęło się Mężowi.
– W psiećkolu to juś byłem – natychmiast podchwycił synuś – chcie iść do śkoły, do Pepusia!
– A znasz twierdzenie Pitagorasa? – zapytał podstępnie Mąż – żeby chodzić do siódmej klasy, to trzeba je znać.

Wojtuś nie znał.

– To najpierw musisz iść do przedszkola nauczyć się rysować – orzekł protoplasta.
– To chcie do Michałka! – nie zraził się nasz początkujący przedszkolak.

Szczęśliwie dostrzegł swoje kaloszki i zapragnął „iść na kałuzie”. Postanowiłam, że pojedziemy autobusem i przy okazji zaliczymy wszystkie kałuże po drodze. Wzięliśmy też bańki mydlane i Wojtek miał zajęcie, odrywającego go od niewesołych myśli.

W autobusie przypomniał sobie, gdzie jedziemy i zaczął mantrować: „Nie chcie do psiećkola, nie chcie do psiećkola, nie chcie do psiećkola…”

– Ide do śkoły zapisiać sie do piejsiej kjasi! – i pobiegł.

– OK – mówię, weszliśmy do sekretariatu, zapytał, czy może się zapisać do szkoły, pani odpowiedziała, że oczywiście, jak tylko będzie miał 7 lat, więc pożegnał się z uroczym uśmiechem i pognał do holu. Usiadł na środku i on czeka na bjaci.

Wyniosłam, postawiłam na chodniku, omamiłam kałużami. Im bliżej przedszkola, tym krok stawał się coraz bardziej ociężały, jakby dziecko brodziło w głębokim piachu. Wreszcie usiadł na chodniku.

– O, jakaś dziewczynka idzie do przedszkola. To jest może Ola, z którą się bawiłeś?
– Tak.
– Wygląda na bardzo miłą, może dziś też będziesz się z nią bawić?
– Tak! – chłopak natychmiast wstał z chodnika, a jego krok nabrał sprężystości i dobrą energią powiało.

Nie na długo.

– Ziamknięte!!! – wykrzyknął z radosną ulgą, gdyśmy byli już dwa kroki od furtki.
– Nie, otwarte – nie lubię niszczyć dziecięcej radości, ale trudno było zaprzeczać faktom. Furtka była zapraszająco otwarta na wskroś, niczym brama w „Panu Tadeuszu”. Wszedł za bramkę i od razu próbował usiąść na murku.

– Padał deszcz, będziesz miał mokry tyłek – ostrzegłam.

Podziałało. W końcu nikt nie lubi mieć mokrego tyłka.

W szatni już było z górki. Mycie rączek klejących się od płynu do puszczania baniek, samodzielne siusianie na mały sedesik (ile to radości!), ponownie mycie rączek.

– O, buty Kubusia! – wskazał mi kapcie kolegi.
– Faktycznie Kubusia! – zdumiałam się, bo tak stało na naklejce.
– A tejaś ide na góje – oświadczył i poszliśmy, ja z lekko opadniętą szczęką. Po drodze liczył schody (na każdym jest naklejona odpowiednia cyfra) i bez oporów wszedł do sali. Zaintrygował go muzyczny pociąg pod wodzą pani Ani, więc rzuciłam krótkie pa! i zamknęłam drzwi.

Po południu zastałam go bawiącego się w skupieniu dużym samochodem policyjnym. W samochodzie powiedział mi:

– Dzieci sią śmutne, zie posiedłem juź do domu.
– Jutro rano przyjdziesz do przedszkola, to się ucieszą – zapewniłam go podstępnie.

To ledwo trzy pierwsze dni, jeszcze wszystko może się zdarzyć, ale jestem dobrej myśli. Piotrek adaptował się dwa lata, Michał dwa tygodnie. Sama jestem ciekawa, ile potrwa adaptacja Wojtusia. Tak czy inaczej trzymajcie kciuki 🙂

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , , , ,

15 comments on “Wojtuś debiutuje w przedszkolu
  1. Pimpeczek napisał(a):

    Aż dwa lata się adaptowałem? 😉

  2. Margot napisał(a):

    P.Dorotko jest Pani genialna. Czytam kazdy Pani artykuł. Uwielbiam je.Milo czyta sie o przedszkolu w ktorym sie pracowało. I gratuluję pozytywnego podejscia do rozstań to bardzo upraszcza nam życie bo czasami nie wiadomo kim sie mamy zajmowac krzyczacym dzieckiem czy płaczącą mamą. Pozdrawiam i całusy dla całej trójcy

    • Dorota napisał(a):

      Dziękuję Pani Małgosiu, bardzo cieszę się, że mam w Pani taką wierną czytelniczkę 🙂 Wszystkiego dobrego!

  3. bbasia napisał(a):

    Jeżeli chodzi o skromne opowieści z tego co się działo w przedszkolu, to przypomniała mi się rozmowa z synem sprzed lat:
    – Staś, co robiłeś dziś w przedszkolu?
    – To co wszyscy.
    – A co robili wszyscy?
    – To co ja.
    No i tyle się dowiedziałam od syna. Niestety, ta zwięzłość , lakoniczność i niejasność odpowiedzi na podobne pytania została mu do dziś (a dorosły już jest). Ech…

  4. Anna M. napisał(a):

    Cudownie się czytało, ile tu trików słownych dla mnie za 2 lata. Muszę je wszystkie zapamiętać 😀

  5. Karolina napisał(a):

    Mój drugorodny właśnie zaczyna przedszkole, ale wytrenowany w żłobku już nawet nie pomacha biednej matce tylko pędzi do sali… Ma łatwiej, bo siostra jest w grupie starszej 🙂 Córka to pierwszego dnia fochem strzeliła jak przyszłam (wyrodna matka) o 15:30 i kazała wrócić za godzinę.
    Uwielbiam jak piszesz:)

  6. Ania napisał(a):

    Uroczo o tym opowiadasz 🙂 Trzymam kciuki za Was i pozdrawiam!

  7. Jagoda napisał(a):

    Trzymam kciuki i życzę powodzenia 🙂 Ja w tym roku przeżywam debiut przedszkolny mojej chrześnicy. Codziennie pytam jej mamę „I jak?!” i przypominam sobie nasz debiut sprzed 3 lat. Wyjaśniam, że to tak ma być, że dziecko płaczące jest zabierane mamie i te okropne panie bardzo dobrze robią, że skracają sentymenty do minimum. Koleżanka jest oburzona 😉 Wręcz przyznała, że stała pod salą i nie wiedziała co tam się dzieje 😀 Najgorsze, co można zrobić, to wejść do środka i przedłużać. Moja córka zaczyna właśnie zerówkę i siłą ją wyganiam na schody, bo nie chce mi się targać brzucha i jej półtorarocznej siostry w tą i z powrotem. I mimo ponad sześciu lat też bywają łzy… Ale ja się nie daję 😉 Pozdrawiam!

  8. kolorki napisał(a):

    Studium oddawania trzeciorodnego do przedszkola – mniam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*