Twoja przygoda z fauną i „Pan Mamutko” w nagrodę

Na długi weekend proponuję Wam zabawę z książkową nagrodą: wydawnictwo Skrzat ufundowało egzemplarz „Pana Mamutki i zwierząt”. Aby go zdobyć, należy opowiedzieć mi historię z własnego życia z udziałem przedstawiciela fauny.

Może być to zabawna anegdota, może być wzruszająca – coś, co mnie poruszy, zachwyci lub rozbawi. Nagroda jest warta starań, pisałam o niej tutaj, świetna, dowcipna i optymistyczna książka.

Czas – start, termin zgłoszeń (w komenatrzach do tego wpisu) do północy 6 maja, ogłoszenie wyników po niedzieli 7 maja. Uwielbiam Wasze historie, więc już zacieram ręce na myśl o przyjemności, jaka mnie czeka. Mam na myśli tylko i wyłącznie przyjemność czytania, bo wybieranie osoby, którą obdaruję książką, już taką przyjemnością nie jest. Najchętniej obdarowałabym wszystkich.

Zatem czekam!

Napisano w Czytam dzieciom (i sobie też)

Tagi:

11 comments on “Twoja przygoda z fauną i „Pan Mamutko” w nagrodę
  1. Dorota napisał(a):

    Ale świetne historie! dziękuję Wam bardzo. Jury udaje się na obrady. Już czuję, że będą burzliwe! 🙂

  2. Mariola napisał(a):

    Jako nastoletnia dziewczynka zostałam okrzyknięta na swoim osiedlowym podwórku przez swoich kolegów i koleżanki „Panią Dolittle”. Dlaczego?? Ponieważ, przyprowadzano do mnie wszystkie małe i troszkę większe znalezione i bezdomne zwierzątka i ptaki. Wezwano mnie kiedyś nawet do suczki, która oszczeniła kilka małych psiaków dla których w szybkim czasie znalazłam nowych właścicieli. Pod opieką miałam polne myszki, które z pola wygrzebywał mój niesforny psiak, małego polnego zajączka, jaskółkę i wiele innych małych istotek. Pomoc im sprawiała mi wielką radość i satysfakcję, że mogę nieść pomoc tak bezbronnym stworzeniom. Miałam nawet wsparcie zaprzyjaźnionego weterynarza. Niestety nie zawsze udawało mi się uratować im życie ale starałam się jak mogłam mając swoje naście latek (ok. 11).

  3. Agata napisał(a):

    Byłyśmy z siostrą małymi dziewczynkami, rodzice nigdy nie chcieli zgodzić się na pieska ale w domu bywały inne ogólnie spotykane zwierzęta (papugi, królik, chomik).
    Niezwykła była Perełka. U cioci na wsi wykluło się tylko jedno malutkie kaczątko, mama chyba dla żartu pozwoliła nam zabrać je do domu. Kaczka była bardzo towarzyskim zwierzątkiem. Mieszkała w kartonie, kiedy całą rodziną siedzieliśmy w pokoju wyskakiwała z pudełka i skubała nas po stopach, domagając się naszej uwagi. Przybiegała pod drzwi, gdy usłyszała odgłos otwierania zamka. Zabieraliśmy ją ze sobą na wycieczki nad staw, pływała z nami. Raz nawet została uprowadzona przez dziewczynkę, która chyba nam jej pozazdrościła. Tato dziewczynki twierdził, że ją znaleźli i nie chciał nam jej oddać. Udało się jednak i Perełka wróciła do domu.
    Jesienią rodzice postanowili wynieść ją na działkę, była już dużą kaczką, ja i siostra wróciłyśmy do szkoły. Na działce był duży wybieg (rodzice hodowali wtedy kury), kaczka mogła biegać cały dzień. Niestety nasza miłość do niej była zbyt mocna. Tato proponował, że podetnie jej lotki, my nie pozwoliłyśmy, nie chcąc słuchać, że to nie boli. Któregoś popołudnia, po powrocie ze szkoły, wybrałyśmy się na działkę. Perełka zniknęła, może odleciała do ciepłych krajów a może skończyła w … brytfannie…

  4. Ancyk napisał(a):

    Historia z fauną jest i taki epizod w moim życiu jako dziecko wraz z przyjaciółmi uwielbialismy Karola Maya a co tym idzie Vinetu … a ze dzieci wyobraźnię mają ogromną były łuki były proce były podchody a nawet bizony sie znalazly oj krowy sąsiadów miały ciezkie życie jedna po pewnym czasie na pastwisko nie chciala isc takze tak fauna była oj była

  5. Jagoda napisał(a):

    Majówka. Jezioro Naterskie. Wybrałam się wówczas na rowerową przejażdżkę, by nacieszyć się słońcem, przestrzenią i niebywałą ciszą. Znalazłam drewniane molo, na którym zaparkowałam swojego „holendra” i ruszyłam na sam koniec deptaka, by wsłuchać się w szum wody. Mój relaks nie trwał długo, bo nagle do moich uszu dotarł dźwięk, niepasujący do tych pięknych okoliczności przyrody. To głośne „CHLUP!” zwiastowało najgorszy scenariusz, który potwierdził się, jak tylko odwróciłam głowę. Mój wiekowy rower właśnie znikał pod taflą niebieskiej wody, niwecząc mój dalszy wypoczynek i zrywając mnie na równe nogi. Na szczęście szybko oceniłam dość beznadziejną sytuację i dotarło do mnie, że jedyne co mogę zrobić to wołać o ratunek. Tak też uczyniłam i to na tyle skutecznie, że para spacerowiczów, którzy przechodzili obok, natychmiast rzucili się z pomocą, przekonani, że to nie mój rower zmierza na dno, lecz ja. Nie wiem, jak skończyłaby się ta historia, gdyby nie czarny, długowłosy jamnik, który z chęcią oddał swoją smycz wraz z obrożą, która posłużyła w tym wypadku za wędkę, wydobywając mój przemoczony wehikuł na powierzchnię. Koszyk wypełniony majówkowym prowiantem również przydryfował po jakimś czasie. Kiedy emocje opadły, z mokrym tyłkiem wróciłam do Olsztyna. Dziś wspominam tę historię z uśmiechem, ale też pamiętam, aby parkować swój rower z dala od linii brzegowej. A do jamników pozostał mi sentyment do dziś. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  6. Anna napisał(a):

    Dzieć dzwoni do babci (wideopołączenie czy jak tam to się teraz nazywa).
    D.- No cześć.
    B.- Cześć skarbie, co tam u Ciebie?
    D. – Jest Maciek ( jeden z kotów babci)
    B.-Jest.
    D.- To daj, pogadać z nim chciałem. Maciiiuuuś…
    🙂

  7. Renata napisał(a):

    Moje dzieciaczki uwielbiają przyrodę. Podczas codziennych spacerów obserwujemy wiewiórki w parku, przyglądamy się mrowiskom w lesie, podziwiamy dziko rosnące kwiaty, Oczywiście robimy całą masę zdjęć.
    Po każdym deszczu osiedlowe chodniki usiane są dżdżownicami, a że moje dzieci mają dobre serduszka, to ratują je przed zadeptaniem i przenoszą na trawę. Zawsze to mnie wzrusza i zadziwia przechodniów,bo mało kto patrzy co ma pod stopami. Ot, taka drużyna ratunkowa dla dżdżownic.
    A od kilku dni w naszym domu mieszkają dwa ślimaki winniczki. Dzieci znalazły je podczas jednego ze spacerów i pozwoliłam zabrać do domu na jeden dzień w celu obserwacji. Następnego dnia ślimaczki miały zostać odniesione w to samo miejsce, ale zrobiło się bardzo zimno i dzieci żałowały biednych ślimaków. Czekamy więc na powrót wiosny, a Hela i Stefan (bo takie imiona dostały ślimaki) mieszkają w ogromnym słoju przykrytym gazą na kuchennym parapecie. Dzieciaki same czyszczą słoik i dbają o dostawę świeżej sałaty dla swoich podopiecznych.
    To taka nasza przygoda ze zwierzakami.
    Pozdrawiamy serdecznie.

  8. Aga napisał(a):

    Chciałam opowiedzieć jakąś słodką historyjkę z moim półtorarocznym synkiem w roli głównej, który łapał już żaby w Rosji, głaskał jaszczurki na Kubie, karmił osiołki na Cyprze i ganiać będzie niedługo maskonury w Islandii, ale póki co, do głowy przychodzi mi tylko koń. Koń, który miesiąc temu mnie ugryzł tak dotkliwie, że do tej pory się rehabilituję. A rzecz miała miejsce na urodzinach kolegi w stadninie, na które wpadłam przelotem, bo pora była już późna. Jako że nigdy nie byłam w stajni i nigdy nie siedziałam na koniu, dziewczyna kolegi zabrała mnie do stajni, żeby pokazać swojego rumaka. Ale oprócz jej konia było tam jeszcze 10 innych. Wśród nich ON. Biały konik do hipoterapii niepełnosprawnych dzieci z zafarbowaną na tęczowo grzywką i powycinanymi na sierści wzorkami. Oaza spokoju i łagodności. Nigdy nikogo nie skrzywdził. A mnie ugryzł w rękę po minucie znajomości, gdy stałam do niego bokiem. Zmiażdżył mi tkanki, uszkodził gałązkę nerwową i do końca życia będę już mieć pamiątkę po spotkaniu z tym przeuroczym stworzeniem. Ale najważniejsze jest to, że nauczyłam się dystansu do zwierząt i wiem już, żeby moje dziecko trzymać z daleka od koni. Nawet takich „kucyków pony” 🙂 Niektóre zwierzęta lepiej poznawać bliżej tylko na kartach książek 🙂

  9. Chudsza napisał(a):

    Wydarzyło się to kilka lat temu, gdy środkowe nasze dziecko było w zerówce. Ponieważ od zawsze prowadziło ono bogate życie towarzyskie, nasz tak zwany ogródek tętnił stukotem małych i często dość brudnych dziecięcych stóp oraz wrzaskiem kłótni o zjeżdżalnię/huśtawkę/piaskownicę, dowolnie. Pewnego pięknego dnia do płotu podeszła koleżanka Środkowego i powiedziała nam, że w torbie foliowej, którą dzierży w małej i brudnej, a co, rączce, ma upominek dla naszego dziecka. Ponieważ sytuacja była niecodzienna, przyglądaliśmy się ceremonii otwarcia pakunku i po chwili mężem oczom ukazał się widok mrożące krew w żyłach – CIAŁO. SZTYWNE. KUNY. (Albo innej łaciny czy fretki – nikt nie miał jaj, żeby się dokładnie przyjrzeć). Darczyńczyni powiedziała wśród okrzyków grozy, podniecenia i szacunku, iż uznała, że tylko masz syn zasługuje na tak osobliwy skarb (truchło znalazła przy drodze w lesie, tuż obok naszych domostw).

    Zakopaliśmy zwłoki głęboko i umyliśmy ręce domestosem (ŻARTUJĘ!), ale wspomnienia pozostają.

  10. Barbara napisał(a):

    Mój malutki synek Franek w trakcie spaceru dostrzegł niezwykłą ( dla niego ) kałużę. Po chwili kontemplacji ciekawego zjawiska, do owej kałuży podszedł mały kotek i zaczął z niej pić wodę. Franek nie odgonił kotka – całkiem przyjazny był z niego chłopaczek. Z niezwykłym żalem w głosie powtarzał tylko: moja kałuża, moja …
    Serdecznie pozdrawiam, basia

  11. marcelina napisał(a):

    Eee, a gdzie są wszyscy? Grillują pod parasolem? Pierwsze zwierzę, które pamiętam z dzieciństwa, to czarna kotka, zwana po prostu Kocicą, należąca do mojej siostry. Nigdy nie widziałam kota w tym stopniu przywiązanego do człowieka – W. mieszkała już wtedy w innym mieście, studiowała i przyjeżdżała raz na kilka miesięcy. I starutka Kocica na jej widok odżywała nagle, wskakiwała jej na ramiona i owijała się jak futrzany kołnierz. Spała w siostry pokoju w nogach łóżka i nie spuszczała z niej oka. Innym nie pozwalała się nawet pogłaskać – raz spróbowałam ją ponosić i dzięki jej pazurom nauczyłam się odróżniać prawą rękę od lewej, bo na prawej przez parę miesięcy miałam bliznę 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*