Jak Mama Żuczkowa raki gotowała (uwaga! drastyczne zdjęcia!)

Mama Żuczkowa spotkała się z koleżanką. Po obgadaniu spraw bieżących oraz dzieci i mężów płynnie przeszły do kwestii zajmującej każdą panią domu, mianowicie „co na obiad”.

– Na niedzielę będę robić raki – powiedziała koleżanka – mój szwagier jest przedstawicielem handlowym mrożonek i ostatnio kończyła się data przydatności raków i odsprzedał nam za grosze.
– Ach, raki! – rozmarzyła się Mama Żuczkowa, która pewnego razu była z mężem na wytwornym raucie i podawano tam zupę rakową. Mama Żuczkowa dobrze pamięta, że jeden facet pochylił się nad garem, z którego była wydawana i zapytał kelnera: „Czy to jest żurek?” „To jest zupa rrrakowa” – odpowiedział kelner z wyraźnym oburzeniem, że takiego profana przyszło mu obsługiwać.
– Słuchaj, to jakby twój szwagier jeszcze kiedyś miał raki na zbyciu, to ja chętnie odkupię paczkę! – zapaliła się Mama Żuczkowa.

Minęło czasu mało-wiele, Mama Żuczkowa w natłoku spraw codziennych kompletnie o rakach zapomniała. A tu w któryś piątek dzwoni koleżanka i mówi, że raki czekają.

Mama Żuczkowa przytargała paczkę do domu. Nie miała miejsca w zamrażalniku, więc chcąc-nie chcąc (a bardziej nie chcąc, bo sobotę miała zaplanowaną intensywnie) zostawiła je na noc do rozmrożenia.

Dopóki raki były w formie płaskiej, zlodowaciałej paczki, wyglądały całkiem nieźle. Kiedy jednak przez noc lody stopniały, oczom zamarłej ze zgrozy Mamy Żuczkowej ukazały się luizjańskie stawonogi w pełnej krasie swoich szczypców, pancerzyków, wąsów i, co najgorsze, nieruchomych, czarnych, błyszczących oczek wielkości łebka od szpilki.

Mama Żuczkowa oparła się o kuchenną ladę i odetchnęła głęboko.

Znalazła przepis w swojej wiernej, pożółkłej „Kuchni polskiej”, wydanie XXXII z 1990 roku, i postąpiła według wskazówek. Szorując raki starała się nie patrzeć w ich błyszczące z wyrzutem oczka, ale do gara wrzucała je już bez emocji. Gotowanie żywych przeżyłaby mocniej. Brrrr.

Kiedy raki parowały na durszlaku, aromatyzując całe mieszkanie (a jak się wkrótce okazało, nie tylko mieszkanie), Mama Żuczkowa pomyślała, że aromaterapia przy użyciu ciastek korzennych jest dużo przyjemniejsza. Tę opinię jednoznacznie potwierdził Ojciec Żuk, który wróciwszy skądś-tam, jęknął w progu:

– A to od nas tak wali!…

Owszem, nie ma co kryć, waliło potężnie.

Następnym punktem programu było wydłubanie z raków mięsa. Mama Żuczkowa mętnie przypomniała sobie, że do jedzenia skorupiaków potrzebne są jakieś narzędzia, kleszczyki czy coś, których oczywiście nie miała. Będąc jednak siostrą Agnieszki, nazywanej w domu Pomysłowym Dobromirem, skompletowała zestaw z tego, co znalazła w domu.

Pierwsze raki patroszyła z zaciśniętymi zębami, wściekła na siebie, że w ogóle przyszedł jej do głowy ten cały pomysł. Szło jej tak sobie. Po wypatroszeniu pierwszych sztuk (wszystkich było ok. dwudziestu) pomyślała, że na pewno na youtube jest jakiś intruktaż i owszem, był. Miła, gadalitwa pani sprawnie i szybko rozprawiała się z kolejnymi raczymi egzemplarzami, wyjaśniając przy okazji, czym są legendarne szyjki rakowe. Mama Żuczkowa odetchnęła z ulgą, bo już się martwiła, że trafiły się jej jakieś wybrakowane raki bez szyjek. Szyjki to, drodzy Państwo, racze odwłoki. Nazwa pewnie stąd, że w kartach dań ze złoconymi rogami głupio wyglądałyby „kupry rakowe w białym winie”. Po obejrzeniu filmiku patroszenie szło dużo lepiej. Rozkawałkowane 20 egzemplarzy leżało w dwóch miskach: wysoki, rozsypujący się kopiec był złożony ze skorupek, a ta odrobina czegoś w drugiej to właśnie rakowe mięso.

Tuż przed wyrzuceniem wszystkich skorup do kosza, Mama Żuczkowa zerknęła do książki, gdzie stało, by skorupki z kleszczy („łapek”) i wszystkie inne czerwone (oprócz pancerzy) osuszyć, utłuc w moździerzu lub zmielić, a potem zalać stopionym masłem i wywarem, gotować i z wierzchu zbierać masełko rakowe.

– W ostatniej chwili – mruknęła Mama Żuczkowa, która nigdy nie miała cierpliwości do czytania przepisów od początku do końca, toteż przydarzały się jej takie przygody, jak facetowi, który zabrał się za robienie nalewki. Przeczytał: „Zebrać dwa kilogramy aronii…” Poszedł więc do ogródka, wrócił z koszykiem owoców i podjął lekturę przepisu: „…po pierwszych przymrozkach”.

Mama Żuczkowa zabrała się za przegląd skorupek. Wybrała te części, co trzeba i utłukła je w moździerzu po Babci Katarzynie.

Gdy racze powłoki zniknęły z widoku, poczuła się dużo pewniej. Sprawnie dokończyła gotowanie i oto nadejszła wiekopomna chwila degustacji…

Ojciec Żuk spróbował z rezerwą i pochwalił, ale oszczędnie. Zjadł małą porcję i dokładki nie chciał. Żuczątko prychnęło na propozycję skosztowania i uciekło w siną dal do swojego pokoju. Żuk wykrzywił się tylko i wrócił do książki. Żuczek, ku zaskoczeniu wszystkich, przyłączył się do konsumpcji z dużym zapałem, który, o cudzie, nie słabł z kolejnymi łyżkami. Ale za dokładkę podziękował.

Generalnie wykwintną zupę rakową Mama Żuczkowa zjadła sama. Prawidłowo: sama se ugotowała, to sama se zjadła, se. Pogratulowała sobie pomysłu, by raki skonsumować w wąskim gronie rodzinnym, bo podawanie ich, znaczy tej odrobiny mięsa w wywarze, gościom, byłoby posunięciem z gatunku „krakersy i paluszki”.

– Ale wiesz – powiedziała koleżanka, kiedy rozmawiały o przyrządzaniu raków pomiędzy tym, jak je serwowała koleżanka, a zanim wzięła się za nie Mama Żuczkowa – tak po prawdzie, to te raki … nie urywają…

W świetle własnych doświadczeń Mama Żuczkowa chętnie się z nią zgodziła.

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi:

12 comments on “Jak Mama Żuczkowa raki gotowała (uwaga! drastyczne zdjęcia!)
  1. kwiatkowska napisał(a):

    Haha, będzie co wspominać. Ja ostatnio usłyszałam, że jestem ciut lepsza w kuchni od mamy Niziołkowej. Ale „Pichcę i knocę” to mogłaby być też moja książka kucharska 😀

  2. kolorki napisał(a):

    Pięknie opisane 🙂 w życiu taki pomysł nie przyszedłby mi do głowy!!!!!!!!

  3. kuka napisał(a):

    Kochana, ja co sobotę obieram takie różne wodne robale, skorupiaki i głowonogi, bo mój chef sam „se” nie obiera, ale przy sobocie gotuje, owszem, sam. No i podobnie nachodzi mnie co tydzień refleksja, że jednak zwierzęta lądowe są jakieś takie pożywniejsze.

  4. Aba napisał(a):

    Czyli można sobie oszczędzić prób?;)

  5. Chudsza napisał(a):

    Ech, gdyby nie było mi żal Cię, tfu Mamy Ż., to płakałabym ze śmiechu. A tak – tylko rechoczę, z pełnym zrozumieniem powagi sytuacji.

  6. Krusz napisał(a):

    Czytam i rżę. To najpiękniejsza przygoda kulinarna, jaką czytałam 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*