Z wizytą u mojej Pani

Raz w roku, w czasie wakacji, odwiedzam moją wychowawczynię z klas I-III. Moją Panią.

fot. sabinevanerp, pixabay.com

Kiedy przychodziłam do niej jeszcze na studiach, mieszkała w służbowym mieszkaniu na tyłach domku dawnego zarządcy stojącego nieopodal pałacyku. Od frontu były biura, jej mieszkanie miało wejście z boku. Było ciemne, bo wysokie parkowe drzewa ograniczały dopływ słońca. Przez pierwsze lata przyjmowała mnie w kuchni, przy dużym stole, później, chyba w ramach awansu, zapraszała do pokoju.

Moje wizyty wprowadzały nieco radosnego zamieszania w życie pary emerytów. Zawsze była bardzo energiczna, drobna, szczupła, wyprostowana, pełna werwy, życzliwości i pogody ducha. Wypytywała mnie o wszystko:

– Chłopaka masz? Szyć umiesz? – i cieszyła się bardzo, że tak.

Kiedy jej mąż zmarł, przyjmowała mnie sama. Zawsze ciekawa, co u mnie, zawsze pogodna i życzliwa, zadbana tą charakterystyczną dbałością skromnych starszych pań, starannie uczesanych i noszących z wdziękiem dawno niemodne ubrania.

Przychodziłam do niej z dziećmi.

– Jaki śliczny chłopczyk! – powiedziała, a chłopczyk w ramach autoprezentacji wywalił język, na którym miał dopiero co zmamlanego herbatnika.

Później, jeśli tylko miałam okazję, moje śliczne dzieci zostawiałam pod opieką mojej Mamy.

Kilka lat temu przeniesiono ją z przestronnego mieszkania na parterze do niewielkiego pokoju z jeszcze mniejszą kuchnią i miniaturową łazienką na drugim pietrze. Nie skarżyła się, moje pytanie o to, jak się jej żyje na takim skromnym metrażu, skwitowała lekkim wzruszeniem ramion. Jest jak jest, po co się nad tym zastanawiać.

Przez te wszystkie lata tak naprawdę nie zmieniała się fizycznie. W moich oczach ciągle wyglądała tak samo, jak wtedy, kiedy stała przy tablicy i uczyła nas, jak pisać A, B i C.

Nie wiem, ile moja Pani ma lat, ale mam wrażenie, że byliśmy jej ostatnią klasą, czyli szła na emeryturę, kiedy ja byłam w połowie podstawówki. Ostatnio byłam u niej dwa lata temu i wyglądała jak zawsze. Miała drobne problemy z ustaleniem, kim jest Kaziu – moim bratem? Wujkiem? („Tatą? Naprawdę? To Kaziu ma taką dużą córkę?…”)

W tym roku stanęłam przed staruszką siwiutką jak gołąbek, poruszającą się z wyraźnym trudem. Jakbym miała przed sobą filiżankę z kruchej porcelany. Jednak w środku pozostała tak samo pogodna i pełna życzliwości. I chyba jeszcze nigdy tak dobrze mi się z nią nie rozmawiało. A co więcej – chyba pierwszy raz żartowałyśmy.

– Nogi mi trochę dokuczają, ale najważniejsze, że chodzę, zresztą jak już człowiek skończy te 26 lat, to czego się spodziewać.

Widziałam, że ma obandażowaną nogę, że wstaje z krzesła z wyraźnym trudem. Ale nie skarżyła się.

– Nie narzekam, bo co mi da narzekanie? Lepiej od tego nie będzie.

Sumitowała się, że nie ma nic do herbaty.

– To nawet lepiej, obie jesteśmy już po dwudziestce, w tym wieku trzeba zacząć dbać o linię – zażartowałam. Roześmiała się radośnie.

Prosiła, żebym opowiedziała o dzieciach. Kiedy doszłam do klasycznego „nie chcą się uczyć, nie chcą czytać lektur szkolnych”, ze zrozumieniem kiwała głową jako matka synów.

– Znamy to, znamy.

Podpowiadała, żeby wyznaczać kilka stron dziennie i potem rozmawiać o tym, co przeczytali. Powiedziała: rozmawiać z nimi, a nie: odpytywać. Bardzo mnie to ujęło.

– Mówi, że nie ma nic na zadanie? Powiedzieć: a pokaż, może jednak coś tam jest gdzieś zanotowane. I spokojnie, z cierpliwością.

Cały czas mnie komplementowała. Pochwaliła moje gumowe balerinki z kwiatkiem, patrzyła na mnie z uznaniem.

– Piękna dziewczyna, dziewczyna jak malina, tak trzymać! Mnie już wszystko jedno, w co się ubieram, ale podoba mi się, że młodzi ludzie ładnie się ubierają. Podoba mi się, że młodzież patrzy w przyszłość, że ma możliwości i chętnie z nich korzysta.

Powiedziała kilka mądrych zdań o starości:

– Mam takie dni, że nic mi się nie chce. Ale w końcu może mi się nie chcieć. Dziś na przykład chciało mi się tylko rozwiązywać krzyżówki. Starość jest trudna, bo wszyscy wokół odchodzą i człowiek zostaje sam.

– Ile ty masz lat?… Boże, to ile ja muszę mieć? – i to był jedyny momemt, kiedy zrobiła się naprawdę poważna.
– Pani ma 26, przecież już to ustaliłyśmy – odpowiedziałam natychmiast.

Roześmiała się serdecznie.

To było piękne spotkanie.

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: ,

6 comments on “Z wizytą u mojej Pani
  1. ciotka meg napisał(a):

    A czy w ramach odwiedzin wychowawczyń nie wybierasz się przypadkiem do pani Teresy K.?
    Bo mogłybyśmy gdzieś przy okazji przycupnąć na kawie.
    Pani K. nie jest krucha, jak porcelanowa filiżanka:)

  2. Skorpion pandeMonia napisał(a):

    Jakie to wzruszające, ze Ją odwiedzasz. Piękne rozmowy. Trzeba tak rozmawiać, póki jest czas.

  3. Malwina napisał(a):

    Ciepłe, wzruszające, wspaniałe. <3

  4. moje-waterloo napisał(a):

    Piękna historia.
    Nie mam kontaktu z moją Panią. Ale mam z wychowawczynią z dalszych klas podstawówki i to cieszy. Wyjątkowe relacje, naprawdę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

W związku z wprowadzeniem 25 maja 2018 roku Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, że zostawiając komentarz na stronie od-rana-do-wieczora.pl pozostawiasz na niej swój nick, widoczny dla innych czytelników oraz adres mailowy widoczny tylko dla administratorów strony. Swoje dane osobowe przekazujesz dobrowolnie i będą one przetwarzane wyłącznie w celu przesłania powiadomień o nowych wpisach na blogu, odpowiedzi na Twój komentarz lub w przypadku kontaktu przez formularz kontaktowy. Bez wyraźnej zgody dane osobowe nie będą udostępniane innym odbiorcom danych. Masz prawo dostępu do swoich danych oraz ich poprawiania poprzez kontakt: dorota.smolen@gmail.com. Administratorem Twoich danych osobowych jest autorka bloga od-rana-do-wieczora.pl Dorota Smoleń.
Publikując komentarz, wyrażam zgodę.

*