Sobota w Muzeum Narodowym

W sobotę 23 czerwca w Muzeum Narodowym w Krakowie Monika Gibes znana także jako Idiomka wygłaszała prelekcję na temat płytek ceramicznych. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mam zbyt wielu znajomych, którzy głoszą wykłady w tak prestiżowym miejscu, więc chociaż pogoda kusiła, by wleźć pod koc i nie wychodzić do lipca, zebrałam się w sobie, zwlokłam dzieciątka z kanapy i pojechaliśmy do Narodowego.

Wpadliśmy, a jakże by inaczej, spóźnieni, bo moi synkowie podejście do czasu mają po tatusiu, a ten z kolei na bank miał jakichś indiańskich przodków. Wiecie, maniana, czas nie zając, kwadrans w te, kwadrans wewte, nie ten autobus, to następny…

Wpadliśmy cygańskim korowodem do przybytku sztuki o 12.15, zdyszana usadziłam dzieci na wolnej kanapie w kawiarni, wręczyłam 20 zł i zabroniłam kupować gazowane syfy, poinstruowałam, co robić w razie awarii typu Wojtek chce do mamy lub Wojtek chce siku…

– Piotrek, patrz na mnie! Będę w Sali „U samurajów! Michał! Ziemia do Michała! Będę „U samurajów”, kapewu? Jakby coś się działo, zapytacie kogoś, gdzie jest sala „U samurajów”. Jasne? Powtórzcie! …. Dobra. A toaleta jest na dole!” – i poleciałam na wykład Moniki.

Słuchanie Moniki to była rozkoszna przyjemność. Pasjonatka i znawczyni tematu mówiła porywająco o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości płytek ceramicznych (vel kafelków tudzież fliz – kiedy szukałam w Krakowie mieszkania do wynajęcia, w jednym ogłoszeniu moją uwagę przykuła „wyflizowana loggia”. Poleciałam oglądać jak na skrzydłach, wyobrażając sobie Bóg-wie-co. Nie macie pojęcia, jakie rozczarowanie przeżyłam, gdy zamiast jakiegoś bajeru architektonicznego rodem z Italii zobaczyłam balkon-wnękę wyłożony płytkami…). Nigdy nie sądziłam, że płytki mogą być tak zajmującym tematem.

Po wykładzie ruszyliśmy na muzeum. Dzięki Karcie Dużej Rodziny zwiedzanie to darmoszka (płacę 4 zł za swój bilet, dzieci zwiedzają gratis), więc obejrzeliśmy kilka wystaw. Tzn. przebiegłam za Wojtkiem kilka sal wystawowych, zatrzymując się tu i ówdzie na mgnienie oka. Dłużej postaliśmy przy Musiconie, kapitalnej pozytywce, którą moje dzieci zajmowały się czule i długo, tak długo, że mogłam posiedzieć na ławeczce i pokiwać nóżką. Sielanka prysła jak bańka mydlana, gdy pani z obsługi poprosiła, żeby dzieciątka zaprzestały swoich eksperymentów muzycznych, bo zwiedzający się skarżą.

Prawdziwi artyści zawsze byli niezrozumiani przez społeczeństwo.

Mnie najbardziej spodobał się wózeczek do sprzedawania – trzy wiklinowe koszyczki umieszczone piętrowo na szynach. Sprawię sobie taki, jak zdecyduję się na handel obwoźny moimi szydełkowymi pracami 😉

Wojtek szybko załapał, że jednych rzeczy w muzeum wolno dotykać, ale innych nie i wzorowo stosował się do oznaczeń.

Na wystawie komiksu robiliśmy sobie zdjęcia z ulubionymi bohaterami, a Piotrek i Michał uczyli małego chłopca obsługi aparatu telefonicznego z okrągłą tarczą.

Wpadliśmy na chwilę odwiedzić „Damę z gronostajem” (dosłownie na chwilę – sprawdzanie biletów naszej czwórki trwało dłużej, niż samo oglądanie obrazu). Wojtek szybko się znudził i trochę wystraszył nastrojową ciemnością. Za to Piotrkowi się podobało.

– To rozumiem. Jeden obraz-sztos i żadnego przynudzania – podsumował krótko.

Załapaliśmy się na zdobienie jednej z ławek w ramach akcji „Ławki Flizowane czyli Dizajn po krakosku!”. Przy najbliższej okazji musimy sprawdzić, czy nasza ławka stoi przed muzeum i czy XD autorstwa Piotrka trzyma się całości. Michał z kolei wymyślił biało-czerwone obramowanie z jednej strony.

W ten sposób spędziliśmy bardzo przyjemne popołudnie, choć pogoda była więcej niż taka sobie.

Wojtek, który zapamiętale szorował podłogę w holu głównym na kolanach i biegał jak oszalały, śmiejąc się perliście. Wczoraj wzięło go na wspominki i powiedział z zachwytem w głosie:

– Mamo, jak w sobotę byliśmy w Muzeum Nalodowym, to tam była…

Wstrzymałam oddech. Oto jest ta wiekopomna chwila! Dziecko zapamiętało Cecylię pędzla Leonarda! Ach! Och! Warto było!…

– … tam była winda!

Psssss… Macierzyństwa duma uszła ze mnie jak z przekłutego balonika…

Ale tak, winda była bezkonkurencyjna, jeździliśmy do upadłego góra-dół (trudno, żebyśmy jeździli w bok!).

Mówię Wam, jak nie macie co ze sobą zrobić, idźcie do muzeum! 🙂

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , , , , ,

4 comments on “Sobota w Muzeum Narodowym
  1. ella-5 napisał(a):

    Mam często sny, że jadę windą w bok…, lub po skosie. Ja myślę że gdzieś są takie windy :

  2. kwiatkowska napisał(a):

    Wybieram się od kilku miesięcy na komiks. Mam nadzieję, że przed finisażem zdążę 😀

  3. Iza napisał(a):

    Ja najmilej wspominam zwiedzanie z bliźniaczkami w wózku, unieruchomionymi skutecznie przez szeleczki, windy nie było, bo miły pracownik muzeum pomagał nam wnosić wózek. A ostatnio byliśmy na stabat mater chyba, czyli rok temu. Czas pomyka.

  4. Monika napisał(a):

    Dzięki, że byliście 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

W związku z wprowadzeniem 25 maja 2018 roku Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, że zostawiając komentarz na stronie od-rana-do-wieczora.pl pozostawiasz na niej swój nick, widoczny dla innych czytelników oraz adres mailowy widoczny tylko dla administratorów strony. Swoje dane osobowe przekazujesz dobrowolnie i będą one przetwarzane wyłącznie w celu przesłania powiadomień o nowych wpisach na blogu, odpowiedzi na Twój komentarz lub w przypadku kontaktu przez formularz kontaktowy. Bez wyraźnej zgody dane osobowe nie będą udostępniane innym odbiorcom danych. Masz prawo dostępu do swoich danych oraz ich poprawiania poprzez kontakt: dorota.smolen@gmail.com. Administratorem Twoich danych osobowych jest autorka bloga od-rana-do-wieczora.pl Dorota Smoleń.
Publikując komentarz, wyrażam zgodę.

*