„Kłamczucha”. Musierowicz czytana po latach

Na początek – anegdotka. Będąc młodą lekarką, wszedł raz do mnie pacjent… A nie, to nie to.

Przyszedł raz do mnie syn mój pierworodny i z mocą oświadczył:

– Mamo, chciałbym przeczytać „Opium w rosole”.
– Eeee… – odpowiedziałam inteligentnie, zadziwiona wielce, co też skłania nastolatka XXI wieku do lektury powieści dla dorastających panienek. Ale przecież bronić mu nie będę! Musierowicz, źródło ciepła rodzinnego i opowieści o pierwszych, pełnych subtelności niewinnych miłościach – czy można sobie wyobrazić lepszą lekturę dla młokosa?!
– Ooo… oczywiście – rzekłam, otrząsnąwszy się z szoku – czytaj. Na pewno jest w bibliotece szkolnej.
– Mogę? Pozwalasz mi? – szepnął pierworodny w upojeniu – Ale naprawdę?…

Wielkodusznie skinęłam głową, ale reakcja dziecka dała mi to do myślenia. Toteż pomyślałam i spytałam ostrożnie:

– A ty wiesz mniej więcej, o czym to jest?
– No jasne! O narkotykach! – odparł wzruszając ramionami – Nie wiesz, co to jest opium? – dorzucił z wyższością charakterystyczną dla prawie trzynastolatka.

No to byliśmy w domu.

Ostatecznie na interesujący go temat przeczytał „My dzieci z dworca ZOO”.

Nieco później dowiedziałam się, kto zasiał ziarno zainteresowania „Opium w rosole” w duszy Piotrka.

– Proszę pani – powiedział na lekcji polskiego jego kolega z klasy – a mój brat ma teraz lekturę o narkotykach w zupie!

Tak więc współczesne nastolatki uważają Małgorzatę Musierowicz za specjalistkę od przepisów na potrawy o charakterze odurzającym.

Tia…

W Internecie dużo pisze się teraz o Musierowicz z okazji premiery najnowszej części „Jeżycjady”. Generalnie fanki krytykują zarówno „Ciotkę Zgryzotkę” jak i kilka poprzednich. Podstawowe zarzuty to takie, że Musierowicz nie nadąża za czasami, że skupia się na pierdołach takich jak kosztowne remonty, na które bohaterowie mają pieniądze nie-wiadomo-skąd, że Ignacy Borejko to ramol, że słabo napisana, że charakterne bohaterki tracą pazur i jedyną dostępną im karierą jest macierzyństwo… Zresztą, poczytajcie sobie:

I tak, zgadzam się, że bohaterki Musierowicz nie mają większych ambicji, niż usidlić chłopaka i wyjść za mąż, bo założenie rodziny powinno być dla kobiety największym szczęściem i celem życia. Cóż, czasy się zmieniają, ale Musierowicz już się nie zmieni – to jest starsza pani, przekonana do głębi jestestwa, że tak właśnie jest. Zresztą jakbym moją Mamę słyszała.

Rozbawiła mnie uwaga, że Musierowicz stała się bardzo religijna – pamiętam, że dla mnie była kwintesencją świeckości, bo w „Szóstej klepce” jak się wracało ze szkoły, to się mówiło „dzień dobry” zamiast „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, jak to było u mnie w domu, a ponadto w niedzielę nikt tam nie szedł do kościoła! W Roku Pańskim 1987 to było dla mnie odkrycie innego świata. Nie znałam nikogo, kto nie chodziłby do kościoła. Dopiero później dotarło do mnie, że i owszem, w Wojniczu były takie osoby, ale moi Rodzice nigdy nikogo palcem nie wytykali.

Czytam te opinie z ciekawością, bo nie uważam się na wielką fankę Musierowicz (prawdziwe fanki, podobno, chodziły po Poznaniu szlakiem kolejnych powieści), ale kilka książek mam na czytelniczym koncie. „Szóstą klepkę” przeczytałam mając dwanaście lat i jej szesnastoletni bohaterowie wydawali mi się taaaacy dorośli!… Kołaczą mi się głowie inne tytuły, ale nie bardzo potrafię połączyć je z bohaterami i motywami. Pamiętam ESD, pamiętam marnotrawnego Pyziaka, komplement, że bohaterka (Gabrysia?) jest jak kwiat kalafiora, pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie aluzja do tego, że Ignacy został internowany (w książce stało, że jest w kraju, choć w domu go nie było – i dopiero wiele lat później zrozumiałam, o co chodzi), pamiętam łacińskie cytaty (które mi imponowały, choć większości nie rozumiałam, bo łaciny zaczęłam uczyć się w liceum, a Musierowicz czytywałam w podstawówce).

I wtem! W osiedlowym klubie kultury natknęłam się na „Kłamczuchę”, wydanie z zieloną okładką z 1979 roku. Na fali wspomnień pożyczyłam ją i zaczęłam czytać.

O mój Boże.

Jak mogę twierdzić, że nie byłam fanką Musierowicz, skoro pamiętam tę książkę słowo po słowie! To znaczy tak: nie pamiętałam nic a nic, kiedy po nią sięgnęłam, ale czytając, słyszałam w głowie echo każdego kolejnego zdania. To nawet nie było echo, tylko odwrotność echa, bo czytałam i doskonale pamiętałam, że to czytałam :-)) Wracały do mnie całe frazy i całe obrazy: krzyczący na córkę szyper, Mamerciątka, o których nikt, nawet zakochana w nich matka nie powiedziałaby, że są śliczne, Aniela udająca Franciszkę Wyrobek, opychający się smażonym serem Pawełek, 6 grudnia i poranna akcja Mamerciątek.

Wzruszyłam się przynajmniej z dziesięć razy.

Kilka rzeczy w tej lekturze po latach mnie zaskoczyło. Po pierwsze, w ogóle nie pamiętałam tych fragmentów o karach cielesnych, wymierzanych ojcowską ręką. To w dzisiejszym świecie zgrzyta straszliwie i nijak nie pasuje do obrazu szczęśliwej rodziny. A w latach 70. XX wieku nie zgrzytało i pasowało jak ulał. Po drugie, ciasnota mieszkaniowa. W czasach mojej ówczesnej lektury, gdy przez pierwsze 10 lat mojego życia mieszkałyśmy z rodzicami w pokoju z kuchnią bez łazienki, nawet nie zwróciłam na to uwagi. Ale dziś… Wyobrażacie sobie, że lokujecie niespodziewanego gościa w hamaku? I mając takie nikczemne warunki lokalowe przyjmujecie pod dach przypadkową krewną? Mało kto zdobyłby się na to.

No i przypomniałam sobie, że kochałam tę książkę. A stara miłość co prawda nie rdzewieje, ale jednak czasem nieprzyjemnie zapiszczy nienaoliwionym zawiasem.

Małgorzata Musierowicz, „Kłamczucha”, Nasza Księgarnia, Warszawa 1979.

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , ,

15 comments on “„Kłamczucha”. Musierowicz czytana po latach
  1. kasia napisał(a):

    Uwielbiam ale skończyłam na Dziecko Piątku Reszta koszmarna

  2. Alex napisał(a):

    To prawda, ze dzisiejsza Jezycjada to nie to, co „oryginalna”, sama czytam kolejne tomy z sentymentu i tak juz zostanie. Chcialabym Cie zapytac o wrazeniach Piotrka po lekturze „Dzieci…”, bo tak lekko o tym napomknelas… Pierwszy raz przeczytalam te ksiazke bedac w podobnym wieku (13 albo 14 lat). To byl dla mnie duzy szok; jesli kiedykolwiek w zyciu zachcialoby mi sie sprobowac „jak to jest brac narkotyki”, to ta ksiazka na dobre mnie od tych checi odwiodla. Ale siegnelam do niej po latach i mnie, dorosla, swiadoma kobiete, przerazila! Wtedy dotarlo do mnie, ze te dzieci (bo byli dziecmi) przezyly (lub nie) to pieklo naprawde! I gdyby ode mnie zalezalo czy moj trzynastolatek przeczytalby te ksiazke czy nie, wahalabym sie. Gdyby odebral ja, tak ja ja-nastolatka – to dobrze. Ale z drugiej strony – takie okropnosci – moze jeszcze jest na nie za mlody?

    • Chuda napisał(a):

      Mam w planie ponowne przeczytanie tej książki (niewiele z niej pamiętam) i pogadanie z Piotrkiem, bo mam wrażenie, że do niego groza sytuacji tamtych dzieci nie dotarła. Był zbulwersowany, że są gotowe na wszystko, byle zdobyć narkotyki, przygnębiony, że ktoś umarł, dzielił się tym ze mną na bieżąco, ale ogólnie książka mu się podobała, główna bohaterka przeżyła, więc według niego „wszystko dobrze się skończyło”.

      • Milena... napisał(a):

        Boru, ja w gimnazjum przeczytałam Dzieci i była przerażona. Długo się nie mogłam otrząsnąć. Weź Dorota przeczytaj tę książkę, bo skoro lekką ręką dałaś ją Piotrkowi to chyba jednak mało pamiętasz 😛

  3. Kuka napisał(a):

    A ja właśnie czytam „Opium” w tłumaczeniu japońskim. Tytuł przekładu został odnarkotyzowany i brzmi „Kreska 15 lat pod koniec zimy”. Dostałam kilka dni temu do przejrzenia pod kątem językowym. Na pierwszych trzech stronach przypisy objaśniające pojęcia: szopka, Poznań, Kmicic. 🙂 Podobno mimo różnic kulturowych „Jeżycjadę” dobrze przyjęto w Japonii.

  4. ella-5 napisał(a):

    Największy sentyment mam do Brulionu bebe B. Może dlatego, że najbardziej jest zbliżony (życie tam opisane) do mojego okresu dorastania, to chyba był mój czas. I najbardziej identyfikowałam się z dość spokojną dziewczynką (a nie z szaloną Anielą). Ale oczywiście Kłamczucha i Szósta klepka to klasyka. Opium kojarzy mi się dość ciepło. Byłby zaskoczony Piotruś co to za narkotyk 🙂
    Późniejsze już nie… choć czytałam oczywiście wszystkie i zgryzotkę zapewne też kupię, żeby poszukać w niej dawnego klimatu.

  5. Jola napisał(a):

    Mając Musierowicz za sąsiadkę znad głowy 🙂 bo tak los dał, że mieszkałyśmy razem w jednej kamienicy – miałam możliwość „poznania” z innej strony. Tak, jej książki to moje dzieciństwo, zakochana po uszy w kolejnych przygodach, przeżywałam je całą sobą. Potem zaraziłam nimi córkę, która mówiła, że takie są wspaniale pokręcone. Ale dla mnie nade wszystko była namacalnym człowiekiem. Sąsiadką z bardzo sympatycznym mężem, który zawsze uśmiechnięty przytrzymywał mi drzwi wahadłowe, gdy szłam z zakupami. Była sąsiadką, która w kamienicy martwiła się o los innych, czy oby czasami kogoś nie wyrzucą, czy ktoś nie głodny. Nigdy nie szukałam w niej polityki, choć pamiętam jak latali wokół węszący dziennikarze, gdy Miłosz wracający z emigracji przyjechał po nią dorożką pod kamienicę… Kochałam ją za książki. Potem bardzo polubiłam jako zwykłego człowieka. Bo choć wielka, to bardzo ludzka…… jak postać z własnych książek…

  6. cypisek napisał(a):

    No więc (nie zaczyna się od) lubię książki Musierowicz. Mam jak Kwiatkowska, nie oczekuję, że będzie na czasie, przywiązuję się do bohaterów i lubię.
    Ale nie o tym.
    Rok temu w wakacje, na fali jakiegoś sporu wychowawczego z Najstarszym, wtedy lat 12, dałam mu Idę sierpniową. Za chiny nie pamiętam, o co był spór (to zresztą ciekawa myśl, wtedy rzecz wydawała się ważna), być może narzekał, jak ma źle? W każdym razie dałam. No i… syn do końca wakacji trzasnął wszystkie tomy, uwielbia cytować niektóre zdanka, teraz czekał z niecierpliwością aż Zgryzotkę przeczyta moja mama i ja (kazałam mu poczekać aż ja, bo możemy w ten sposób sobie cytować). Mo inne spojrzenie, inne rzeczy go bawią, plazma deuteru i eksperymenty Dentego i Podeszwy, ale podoba mu się całość. Czekając na Zgryzotkę wziął znowu Idę. A dla mnie ach… jak miło mieć taki obszar wspólny, mamy go też w innych książkach, ale czasem to ja muszę się do nich dopasować (więc ostatnio męczę ciut Dziewczynkę z Szóstego Księżyca, bo córka i jej koleżanki się zachwycają), a tu – lekko, miło i wspólnie. Sama radość.

  7. kwiatkowska napisał(a):

    Regularne czytanie „Jeżycjady” zakończyłam gdzieś w okolicach „Nutrii i Nerwusa”, choć od „Brulionu Bebe B” zupełnie nie pamiętam treści kolejnych tomów. Swoją kolekcję książek Musierowicz podarowałam 17 lat młodszej bratanicy i pewnie przeczytała, ale nie pytałam, czy dokupywała kolejne tomy. Ostatnio przypadkiem wpadł mi w ręce „Feblik”, ponieważ był spisie lektur na małopolski konkurs humanistyczny, w którym startował syn. Niespełna 12-latek strasznie się z tą książką męczył. Nie pociągał go wątek miłosny, gubił się w licznych postaciach (rozpisywałam mu drzewo genealogiczne rodziny Borejków :D). Z kolei rozmowy egzystencjalno-filozoficzne bohaterów (o miłości i śmierci) były dla niego zbyt trudne do ogarnięcia i musiałam to z nim „przepracować”. Ja połknęłam książkę w pół nocy. Zgodzę się z zarzutami, że Musierowicz jest trochę odklejona od współczesności, ale nie oczekuję od niej pisania telenoweli dokumentalnej. Tak jak idąc do kina na komedię romantyczną, nie spodziewam się scen wciskających w fotel. Traktuję „Jeżycjadę” jak taką trochę staroświecką baśń, lekturę odstresowującą i przyjemną w odbiorze. „Feblik” taki był. Jak kiedyś będę miała dużo wolnego czasu, to uzupełnię „braki”. Ciekawi mnie, w jakich okolicznościach Laura poznała Adama 🙂 Po „Opium” też bym chętnie sięgnęła, żeby przeczytać je z dorosłym, a nie dziecięco-nastoletnim oglądem świata.
    A pamiętacie film „ESD” nakręcony na podstawie „Kwiatu kalafiora” i „Idy sierpniowej”? Aktorki kompletnie nie pasowały mi do wizerunku Idy i Gabrysi, jaki wytworzyłam sobie w wyobraźni. Ale Halina Łabonarska (tak, tak, Królowa Jadwiga) jako pani Borejkowa pasowała idealnie 🙂

  8. ida27 napisał(a):

    To ja będę jeszcze bardziej ortodoksyjna bo dla mnie Jeżycjada skończyła się właśnie na „Opium w rosole”. Te pierwsze pięć książek było świetne. „Szóstą klepkę” uwielbiam i przeczytałam dziesiątki razy. Za Bobka malującego pisanki z Hitlerem, za pytania w stylu „czy ktoś kiedyś widział witaminę?”. Za tekst, że szata jednak zdobi człowieka, a zwłaszcza takiego z bogatym wnętrzem. Za „Dzień tryfidów”, Za Lokomotiv GT.
    No właśnie… Musierowicz w tamtych czasach była blisko młodego człowieka. Wiedziała co lubi, jakie ma lęki, czego chce. Nie wiem, może miała dzieci w odpowiednim wieku. Widać to też w jej opowiadaniach: „Boje się”, „Chcę mieć przyjaciela”. Od „Noleki” zaczęło się idealizowanie bohaterek, z którymi trudno było się identyfikować. I te problemy życia codziennego w PRL… Czuć było prawdę w jej książkach. A potem czasy się zmieniły… Ale nie tylko Musierowicz nie odnalazła się z bohaterami w nowej rzeczywistości. Chmielewska też zaczęła pisać kiepskie książki.
    Jestem ciekawa czy współczesne nastolatki w ogóle sięgają po nowe książki Musierowicz, czy zostałyśmy jej już tylko my, stara gwardia 😉

  9. kolorki napisał(a):

    Kupuję z sentymentu kolejne tomy, czytam, ale się nie zachwycam 😉 W podstawówce, ale i w LO czytałam kolejną zdobytą książkę do rana 😉 czyli do końca, a potem na nowo 🙂 Raz nawet napisałam do p. Musierowicz, bo jej adres domowy wydrukowano bezrefleksyjnie w Filipince 😉 i ona mi odpisała!!! Najbardziej zaczytałam chyba Kwiat kalafiora, prawdopodobnie dlatego, że była pierwszą, którą poznałam z serii.

  10. Gosia napisał(a):

    Dla mnie Musierowicz byla czescia dziecinstwa i dorastania! Mimo rozczarowan ostatnimi czesciami (ostatnia „dobra” Musierowicz to wg mnie „Kalamburka”), jakos tak cieplo sie robi gdy raz na pare lat wroce do moich wyswiechtanych egzemplarzy „Szostej klepki” czy „Pulpecji”. Lubie wierzyc, ze jestem chociaz troche taka egzaltowana pannica, kttora kamienice Borejkow mijala codziennie w drodze do szkoly (nota bene opisanej w ksiazkach jako Liceum im. Zeromskiego, jedyne „fikcyjne” miejsce w calej Jezycjadzie – ale to przeciez „Marcinek”!). W parku kolo mojego domu Cesia spotykala sie z Brodaczem, Teatralka i Noskowskiego to moje ukochane miejsca … mimo ze dostalam tam jedyny mandat w zyciu za siedzenie na oparciu lawki z owczesnym absztyfikantem… 🙂 moglabym tak wymieniac i wymieniac (zwlaszcza, ze nie mieszkam w Poznaniu juz 8 lat!)

  11. Ania napisał(a):

    Za pierwszą premię świąteczną w pracy nabyłam sobie całą serię! Przeczytałam od nowa, powracając wspomnieniami do czasów licealnych, gdy czekając na wyniki egzaminów wstępnych pochłaniałam 1 tom/dobę:) brakuje mi jeszcze Zgryzotki. Będzie cała seria dla moich córek – oby połknęły bakcyla!

  12. Krusz. napisał(a):

    To Ignacy Borejko jeszcze żyje?! 🙂
    A poważnie to moja przygoda z Musierowicz skończyła się na Noelce – jakoś potem odbierałyśmy na innych falach. Sentyment jednak pozostał ogromny i mam szczerą nadzieję, że moje córki też poznają bohaterów Jeżycjady.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

W związku z wprowadzeniem 25 maja 2018 roku Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, że zostawiając komentarz na stronie od-rana-do-wieczora.pl pozostawiasz na niej swój nick, widoczny dla innych czytelników oraz adres mailowy widoczny tylko dla administratorów strony. Swoje dane osobowe przekazujesz dobrowolnie i będą one przetwarzane wyłącznie w celu przesłania powiadomień o nowych wpisach na blogu, odpowiedzi na Twój komentarz lub w przypadku kontaktu przez formularz kontaktowy. Bez wyraźnej zgody dane osobowe nie będą udostępniane innym odbiorcom danych. Masz prawo dostępu do swoich danych oraz ich poprawiania poprzez kontakt: dorota.smolen@gmail.com. Administratorem Twoich danych osobowych jest autorka bloga od-rana-do-wieczora.pl Dorota Smoleń.
Publikując komentarz, wyrażam zgodę.

*