„A teraz maj dokoła maj wyświęca ogrody…”

Maj wszędzie. Zielony, kwietny, lazurowoniebny, pachnący, rozświergotany ptasimi trelami.

Zanurzam się w tej zieloności po końce neuronów, nurkuję mentalnie w majowe zapachy i kolory. Wczoraj posadziłam w skrzynkach goździki i pomidory koktajlowe, powiesiłam surfinię i truskawkę. Mój balkon to teraz skondensowany ogród kwiatowo-warzywno-owocowy. Do zmroku spoglądałam na kwiaty z radością, od rana też uśmiechałam się do nich. Mówię Wam, jaka to radość. Masz doła? Posadź kwiatki w skrzynce 🙂

Ale rzeczywistość przypomina o sobie w przykry sposób.

Najpierw sprawa Alfiego Evansa. Chłopczyk zmarł, ale pozostały pytania: gdzie jest granica między ratowaniem życia a uporczywą terapią? czy sąd powinien decydować o zakończeniu leczenia/życia osoby w śpiączce? czy wolno zabijać nadzieję?

Druga rzecz to protest opiekunów dorosłych niepełnosprawnych w Sejmie. To grupa społeczna chyba najbardziej niesprawiedliwie traktowana przez kolejne rządy. Niewidoczni, bo zamknięci w domu, na 24-godzinnej warcie przy chorych dzieciach z różnymi niepełnosprawnościami, żebrający o pieniądze na rehabilitację podopiecznych, ze zrujnowanym zdrowiem, bez pomocy, bez praw emerytalnych. Całym sercem popieram ich postulaty.

Maju, piękny maju. Bądź piękny dla nas wszystkich.

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , ,

9 comments on “„A teraz maj dokoła maj wyświęca ogrody…”
  1. kwiatkowska napisał(a):

    Dorotko, zobacz, niewinnym wpisem o maju wywołałaś społeczną debatę…

  2. kolorki napisał(a):

    Piękny ten maj, nie mogę się nim nacieszyć, uwielbiam tę zieleń za oknami, jeszcze nie zmarnowaną upałami 🙂 podlewam i sadzę i dobrze mi z tym!!

  3. Kuka napisał(a):

    Jest jeszcze maj nauczycielski. Maj matur, sprawdzianów, poprawiania ocen na ostatnią chwilę, wyciągania nieuków za uszy, poprawiania licencjatów przepisywanych z Wikipedii. A wszystko za „czy pińdziesiont” na miesiąc, bo w tym kraju wyżej ceni się robotę na recepcji w korpo niż kształcenie przyszłych pokoleń obywateli.

    • sua napisał(a):

      Jakie gorzkie z jednej, żałosne z drugiej! No to zacznijmy od krytyki zarobków szkolnictwa… Mając mamę nauczycielkę przechodzącą całą drabinę nauczycielskiego awansu zawodowego, a zatem znając zawód może nie z pierwszej, ale na pewno z drugiej ręki, z aspektem finansowym jako jedynym mogę się zgodzić. Z zaznaczeniem, że praca w innych sektorach określanych jako „praca umysłowa”, szczególnie dla kobiety też rzadko bywa satysfakcjonująca finansowo. Ale z drugiej strony: DWA miesiące wolnego, pięknego wolnego, plus wszystkie te dni z okazji okazji, kiedy zwykli pracownicy, zajmujący się czymś zgoła innym niż „kształceniem przyszłych pokoleń obywateli” zapieprzają solennie dzień w dzień swoje osiem, mając 26 dni urlopu. Jak to zwykle bywa w życiu: coś za coś. Zapraszam do pracy W recepcji („na” recepcji to jednak nie jest szczęśliwe sformułowanie; kształćmy obywateli dając jednak dobry przykład)- jako pracownica korpo, mająca na co dzień do czynienia z różnorodnymi recepcjami, wiem, jaki to ciężki kawałek chleba. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, trawa u sąsiada bardziej zielona, wiadomo – ale jednak drażni mnie biadolenie na ciężki los nauczycieli w czasach, kiedy naprawdę można sobie wybrać inną pracę, lepiej opłacalną (serio-serio!) – czy jednak mniej wymagającą? Konkluzja mojego wywodu jest tylko taka: nie myślmy stereotypowo, błagam – i wyjdźmy z przekonania, że moja/twoja praca jest ważniejsza, lepsza, potrzebniejsza. Tak się składa, że nie jest.

      • :) napisał(a):

        Praca nauczciela nie jest wazniejsza, czy lepsza od innych, ale nauczyciel powinien godnie zarabiac. (inni zreszta tez). Nie wiem, jak udawalo sie Pani mamie miec tyle wolnego, nie wiem, kiedy pracowala w szkole. Moja mama tez jest nauczycielka i ja tez nia w Polsce bylam. I 2 miesiecy wakacji nie mialam, bo do ktoregos dnia lipca byly rady, oddawanie dokumentacji, sprzatanie (sic!) klas, od ktoregos sierpnia to samo. Lekcje tez sie same nie przygotuja. Wolne popoludnia to mit. Co wiecej, dla znacznej wiekszosci z nas, nie jest to praca, ktora zostawia sie w pracy. Nie wspomne juz o pierdyliardach zebran mniej lub bardzoej potrzebnych, dni otwartych, dni sportu, festynow rodzinnych, akademii (same sie nie przygotowuja, zapewniam). Nie wspomne o wieczornych telefonach od rodzicow. Nie wspomne o pisaniu sprawozdan z kolek zainteresowan, rozmow z rodzicami. Nie zapominajmy o programach wychowawczych i ewentualnie naprawczych,jak cos sie dzieje. Wszystko musi byc na papierze.Ale my przeciez pracujemy tylko 18 godzin. No chyba, ze jedziemy na wycieczke szkolna, podczas ktorej opiekujemy sie dziecmi np 5 dni 24 godziny na dobe. Czy ktos nam wtedy wyplaca delegacje albo placi za nadgodziny? Czy zapewniony jest wypoczynek zgodnie z przepisami prawa pracy? Haha!Kocham ten zawod, ale pensja w Polsce jest ZENUJACA, brak szacunku przerazajacy. I oczywiscie, mozna wybrac inny zawod. I znaczna czesc z nas wybiera. Ja tez odeszlam i pracuje w szkole w innym kraju (po odpowiednim doszkoleniu lub zdaniu egzaminu jest to mozliwe). Zarabiam GODNIE, moj zawod jest szanowany i jeszcze nie uslyszalam pretensji o te wolne ferie, chociaz jest ich wiecej niz w Polsce i nikt nie organizuje zajec opiekunczo- wychowawczych dla dzieci.

        • sua napisał(a):

          Nie będę się kłócić, nie to jest moim zamiarem. Moja Mama pracowała w szkole dokładnie tak, jak wspominasz (a właściwie nadal pracuje, choć teraz w nieco innym charakterze, więc wygląda to nieco inaczej): etat w szkole, zajęcia dodatkowe, prowadzenie zajęć w świetlicy socjoterapeutycznej, przewodniczenie Samorządowi Uczniowskiemu, prowadzenie koła teatralnego, dodatkowe lekcje w trzech innych placówkach, w międzyczasie przygotowywanie awansu zawodowego, konspekty lekcji, pisanie programów, planów ewaluacji, projekty dodatkowe, konkursy, wycieczki szkolne, prowadzenie kolonii, zimowisk, nieustanne sprawdzanie kartkówek, prac klasowych, testów, wizyty uczniów z problemami, bo Mama zawsze komuś starała się jakoś pomóc,telefony do uczniów/rodziców, również późnowieczorne lub nocne, wizyty wdzięcznych uczniów, ale też rozbite jajko na domofonie czy kąśliwe komentarze w szkole – córki nauczycielki są przecież zawsze interesującym obiektem do skomentowania. Wierz mi, z dzieciństwa pamiętam bardzo wiele zakamarków szkoły, kurz na ławkach szkolnych, malowanie sali zimą w czasie ferii – bo uczniów wtedy nie ma, no i Tata może przyjść pomóc. Oczywiście wszystko to za stawkę wiadomo jaką, często kosztem życia rodzinnego – no bo np. święcenie medalików komunijnych było wtedy, kiedy obowiązkowe zebrania z rodzicami i nie dało się nic zrobić, żeby to jednak było z Mamą, Tata też w pracy, więc szłam sama. Albo trzeba było skończyć studia podyplomowe, których zjazdy odbywały się w poniedziałki i wtorki, przez całe popołudnia, więc widywałam Mamę dopiero następnego dnia rano, bo wracała, jak już zasypiałam. No i koszmar okresu przedwakacyjnego – jak jest wtedy, wiadomo.
          Ja z kolei swoją karierę zawodową rozpoczęłam w urzędzie, ze stawką 1400 PLN miesięcznie netto, myśląc, że to zawód szanowany, pewny, że oczywiście – jako młoda muszę odrobić swoje frycowe, żeby zacząć zarabiać. Jasne, że praca często nie mieściła się w ośmiu godzinach, w okresach natężonej pracy zabierałam całe naręcze korespondencji do domu, by adresować niezliczone koperty i zwrotki, a w czasach szczególnie intensywnych siedziałam w pracy z gorączką i zapaleniem spojówek z krwawiącymi oczami, wiedząc, że po prostu nie mogę posiedzieć w domu, bo mam odpowiedzialne zadanie, a jestem sama (koleżanki na macierzyńskim i wychowawczym), które polega na ścisłym trzymaniu się terminów, że ode mnie zależy wiele osób. Po 3 latach pracy w urzędzie pracowałam już za całe 1510 PLN, wciąż wg trzeciej kategorii zaszeregowania, robiąc właściwie wszystko – od kserowania dokumentów po tłumaczenie na angielski pism urzędowych – bo jako jedyna znałam język. Mimo tego, nigdy jakoś szczególnie się nie uskarżałam, bo tak w tym kraju po prostu jest. Nieszczególnie liczy się tu ilość i jakość wkładanej pracy, a na pewno nie jest to priorytetowe. Pensje są żenujące na tak wielu odpowiedzialnych stanowiskach, że to mnie o wiele bardziej przeraża, niż brak szacunku – pomimo początkowego niedowierzania, że tak się w ogóle można zachowywać, nauczyłam się mieć na to – mówiąc brzydko – wylane, bo co zmienię? I czy naprawdę szacunek innych osób musi być warunkiem mojego dobrego samopoczucia? No nie. Właśnie dlatego jestem też ogromną przeciwniczką programu 500+ – nie wiem, jakim cudem stać to państwo na tak gigantyczny wydatek, a nie stać na to, by dofinansować osoby, które codziennie, sumiennie i ciężko pracują, kosztem naprawdę wielu wyrzeczeń.
          To teraz ja się pożaliłam. Nie to było moim celem, a jedynie stwierdzenie, że nie jest tak, że nauczyciele mają jakoś szczególnie gorzej – raczej po prostu mają podobnie źle.
          Ja pomimo mojej obecnej pracy w korporacji też niestety nie mogę pozwolić sobie na luksus pracy w jednym miejscu, tylko na etacie – pomimo ośmiu godzin w biurze, codziennie po pracy mam drugą pracę, do godzin wieczornych. Po to, by móc żyć na w miarę godnym poziomie.
          No i tyle, tak po prostu jest w tym kraju. Zawsze można wyjechać – dobrze, że Tobie się udało! – dla mnie z różnych względów nie jest to możliwe – a jeśli chcę tu żyć, muszę się po prostu dostosować.

          • :) napisał(a):

            Moim celem nigdy nie jest sprzeczka, raczej dyskusja. Smuci mnie bardzo ten brak szacunku dla pracy i wysilku (nie tylko nauczycieli). Smuci mnie rezygnacja w Twoim poscie. Mam nadzieje i trzymam kciuki, zebys nie musiala pracowac po pracy. Ja w Polsce tez tak pracowalam: rano szkola, potem korepetycje albo szkola jezykowa, albo obie opcje pracy po pracy. Ale w takim kolowrotku mozna zyc pare lat, dopoki nie ma sie dzieci.
            Ja jeszcze mialam nadzieje, ze mozna cos zmienic. Sprzeciwialam sie zlemu traktowaniu nauczycieli przez dyrekcje, wykorzystywaniu pracy przez organ prowadzacy, brakowi zaplaty za dodatkowa prace itd., nawet udalo sie zebrac grupke nauczycieli, ktorzy tez mieli podobne zdanie. Ale to tylko grupka. Reszta sie bala. Czesciowo jest to zrozumiale, z dziecmi, kredytem nie mozna sobie pozwolic na utrate zrodla utrzymania. A z drugiej strony wlasnie przez to, ze wiekszosc sie dostosowuje, to nic sie nie zmienia. Pozwalamy sie tak traktowac, pozwalamy na zalosne pensje. Nauczyciele tupna nozka i w ramach akcji protestacyjnej wywiesza flage na szkole. Z pewnoscia ktos to zauwazy…Niestety z wiekieM przestalo mi sie chciec kopac z koniem i wybralam inna droge, inne miejsce do zycia.Tylko tak sobie mysle, czy naprawde tak to powinno wygladac? Czy nic nie da sie zmienic? Czy naprawde, zeby godnie zyc to trzeba harowac na kilku etatach albo wyjechac? Smutne to.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

W związku z wprowadzeniem 25 maja 2018 roku Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, że zostawiając komentarz na stronie od-rana-do-wieczora.pl pozostawiasz na niej swój nick, widoczny dla innych czytelników oraz adres mailowy widoczny tylko dla administratorów strony. Swoje dane osobowe przekazujesz dobrowolnie i będą one przetwarzane wyłącznie w celu przesłania powiadomień o nowych wpisach na blogu, odpowiedzi na Twój komentarz lub w przypadku kontaktu przez formularz kontaktowy. Bez wyraźnej zgody dane osobowe nie będą udostępniane innym odbiorcom danych. Masz prawo dostępu do swoich danych oraz ich poprawiania poprzez kontakt: dorota.smolen@gmail.com. Administratorem Twoich danych osobowych jest autorka bloga od-rana-do-wieczora.pl Dorota Smoleń.
Publikując komentarz, wyrażam zgodę.

*