„Listy do M. 3”. Dobrze, że bilety były tanie

Na początku muszę się Wam przyznać, że mam słabość do polskiego kina. Myślę tu oczywiście nie o Wajdzie czy Smarzowskim, lecz o pogardzanych produkcjach ostatnich lat, tych wszystkich komediach w ikeowskich wnętrzach, spod znaku TVN i radia ZET.

Lubię sobie popatrzeć, jacy oni wszyscy ładni w tych kolorowych mieszkankach zupełnie nierealistycznie wypucowanych na błysk, no lubię, co mi zrobicie. Bawi mnie, jak w produkcjach TVP widać, od kiedy za serial biorą się styliści. Najpierw jest zwyczajnie, nieco przaśnie, a potem kolory! Faktury! Plebanię w „Ojcu Mateuszu” co sezon przemeblowują. Był taki serial „Blondynka” o młodej pani weterynarz, granej przez Julię Pietruchę, która wyjechała do pracy na wieś. W pierwszej serii była sympatyczną dziewczyną z sąsiedztwa, a w drugiej zrobiła się z niej laska, która do krowy szła w makijażu i z rozpuszczonymi włosami. Kiedy pochylała się nad krowim zadem, po plecach spływała jej kaskada blond włosów… Oczu nie mogłam oderwać!

Dygresja: w polskim kinie najbardziej mnie denerwuje dziwna przypadłość, która trzyma się go od wielu lat – nie rozumiem, co mówią aktorzy. Mamroczą pod nosem, muzyka albo inne dźwięki ich zagłuszają – cholery idzie dostać. Od czasów Kieślowskiego – ba! od czasów Starego Kina! – nic się nie poprawiło w tej materii.

No i poszliśmy na „Listy do M. 3”. Byliśmy na pierwszych “Listach”, dwójki nawet nie zarejestrowałam. Być może stąd nic nie mogłam skumać z trójki. A być może nie. Być może po prostu jest to klasyczny szajs, a te kilka zabawnych tekstów i śmiesznych scen nie było warte dwóch godzin z życia i ceny biletu.

„Listy do M.” to ma być polska odpowiedź na „Love actually”. Podobna mnogość wątków, ale jak one się nie kleją… Jakie smuuuuty… Nastawiałam się na czystą, nieskomplikowaną rozrywkę, to naprawde tak wiele?! Dylematy wiotczejącej na twarzy Dygant mogą śmieszyć chyba tylko dwudziestolatki, które nie wierzą, że kiedykolwiek je to spotka. Mnie już dawno nie śmieszą (choć tekst „Czy ja panu wyglądam na menopauzę?!” – bardzo dobry. Zapamiętam!). A widok Stenki całej w zmarszczkach mnie dobił. Dopiero co stała w deszczu na Moście Świętokrzyskim w roli Judyty.

Ech, marność nad marnościami i wszystko marność.

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: ,

12 comments on “„Listy do M. 3”. Dobrze, że bilety były tanie
  1. Małgorzata napisał(a):

    Ja lubię „Listy do M”. Te ostatnie też bardzo mi się podobały. Ale ja kocham Boże Narodzenie od dziecka, niezmiennie przyjmuję je z całym sacrum i profanum które ze sobą niosą.
    Może dlatego że mam za sobą bardzo ciężki rok, prawie straciłam mamę i nie wiadomo na ile ją odzyskałam, świąteczny kicz stał się nieoczekiwanie jakimś antidotum na moją spraną duszę.
    P.S. Ale ja mam kuchnię z Ikea, dużą, przy stole mieści się 10 osób, więc moje postrzeganie świata jest jakby tu powiedzieć nieco „zaburzone” 🙂

  2. Ola napisał(a):

    A i chciałam dodać, że oglądam bardzo dużo polskich filmów, ale akurat ze zrozumieniem co mówią nigdy nie mam problemu 🙂

  3. kolorki napisał(a):

    I ja mam słabość do tych naszych własnych produkcji 😉 Listy do M 3 mi nie podeszły, zupełnie do mnie „nie przemówiły”, w sumie sama nie wiem dlaczego, obstawiałam, że brak głównych bohaterów mnie tak rozczarował, ale chyba nie tylko…

  4. Kaja napisał(a):

    A ja czytałam bardzo fachowy artykuł o tym, że to fonetyka języka polskiego jest winna tej beznadziei dźwiękowej w filmach. Angielski się opiera o dźwięki niskie, które dobrze wybrzmiewają pomimo hałaśliwego tła, polszczyzna przez te wszystkie wysokotonowe szeleszczenia gubi się w byle szmerze deszczu. I to jest ta część, którą rozumiem. Nie rozumiem tylko dlaczego w takim razie polscy dźwiękowcy nagrywają filmy tak, jakby ta kwestia była odkryciem ostatnich dwóch tygodni.

  5. Ola napisał(a):

    Mnie się jedynka bardzo podobała, dwójka była za smutna, a na trójce się dobrze bawiłam(choć nadal jedynka jest na pierwszym miejscu ;)). Dobry, polski film. Czasami im wychodzi. I najczęściej oglądany z wszystkich filmów przez cały rok u mnie w mieście, zarobili na pewno sporo 😉

    • Chuda napisał(a):

      A co było w dwójce?

      • Ola napisał(a):

        Tak naprawdę części nie do końca się łączą, część wątków jest wspólnych, ale w każdej części są nowe postaci. Przede wszystkim zmarła Małgorzata, dla której córka zbierała pieniądze na terapię, a ona odmówiła i pojechali w góry by ona umarła. Dla mnie ta część była mało świąteczna i zabawna, była przede wszystkim smutna.

  6. Krusz. napisał(a):

    Uf, myślałam, że z tym dźwiękiem to tylko ja tak mam. Zacytuję „Rejs”:
    Dłużyzna proszę pana… To jest dłu… po prostu dłu… dłużyzna, proszę pana. Dłużyzna..
    Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie… Pan rozumie… I tak patrzę sobie… siedzę se w kinie proszę pana… Normalnie… Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina, proszę pana… I wychodzę…
    (Pomogły mi wikicytaty).
    No jak się nie zgodzić?
    PS. Ikeowskie wnętrza doprowadzają mnie do szału. Zwłaszcza kuchnie większe niż całe moje mieszkanie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*