Moje przygody z OLX. Nigdy więcej!

Jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy wystawić coś na OLX, to chyba sama siebie kopnę w tyłek. Kosztuje mnie to zbyt wiele czasu i energii w porównaniu do osiąganych korzyści.

OLX wyewoluował z tablica.pl, serwisu ogłoszeń lokalnych i w zasadzie nadal nim pozostał. Przewagą OLX nad Allegro jest dla mnie to, że przyjmuje ogłoszenia typu „oddam za darmo”, a jak się sprzedaje coś za nieduże pieniądze, to nie trzeba serwisowi płacić za samo umieszczenie anonsu.

No to się skusiłam kilka razy i każdy następny był gorszy od poprzedniego.

Wystawiłam za darmo krzesełko do karmienia. Dostaliśmy je dla Wojtka, więc chciałam przekazać dalej, a nikt ze znajomych nie był zainteresowany. Zaznaczyłam, który rejon Krakowa i że tylko odbiór osobisty. W ciągu dziesięciu minut dostałam chyba ze trzydzieści odpowiedzi, a w nich liczne pytania o miejsce odbioru. Moje ulubione brzmiało:

„Czy możliwy jest odbiór na stacji PKP Kraków Główny o 6.00 w poniedziałek?”

Hm, pomyślałam, w sumie to nie napisałam wyraźnie, że samemu należy sobie po to krzesełko przyjechać, mam nauczkę.

Od następnego ogłoszenia pisałam wyraźnie, że trzeba się pofatygować pod wskazany adres. Może to niezbyt uprzejme z mojej strony, w końcu mogłabym podjechać pod Tesco czy Carrefoura, ale uznałam, że dawać za darmo i jeszcze z dowozem to już lekka przesada. Niechże ten zainteresowany wysili się minimalnie.

Wystawiłam za darmo plik czasopism o tematyce okołodzieciowej i kulinarnej. W ciągu kwadransa zgłosiło się dziesięciu chętnych, jedna osoba, bardzo zainteresowana, umówiła się od razu. Dwa dni po terminie odbioru napisała SMS-a, że jednak rezygnuje i że mogę oddać komuś innemu. Łaskawca. Napisałam do kilku osób, które wcześniej wyraziły zainteresowanie, ale żadna mi nie odpisała. Czasopisma przeleżały się w piwnicy, ostatecznie wylądowały w makulaturze, a czas przeznaczony na bezowocną finalnie korespondencję straciłam bezpowrotnie.

Wystawiłam matę edukacyjną gratis. Chyba z piętnaście osób chciało ją mieć. Kiedy odpadli ci, tych, którzy mieli za daleko, albo chcieli się umówić na rozstajach dróg o północy przy pełni księżyca, zostały trzy panie „to mąż podjedzie”. Dwaj mężowie przekładali terminy po kilka razy, w końcu trzeci jak powiedział, że przyjedzie o 17.00 w niedzielę, to przyjechał, podziękował i zabrał.

Wystawiłam moje piękne szpile, które wyjmowałam z szafki tylko po to, by na nie popatrzeć. Uznałam, że za symboliczne 20 zł – na czekoladki. Nikt nie chciał, a że sama nie chciałam ich trzymać bez sensu, wystawiłam za darmo. I znów – lawina odpowiedzi. Wytrwale próbowałam się umówić z każdą kolejną osobą. Za każdym razem było podobnie: „to dla mnie za daleko”, „a nie może pani podjechać tu i tu?”. Przyznam, że każda moja kolejna odpowiedź „nie mogę podjechać” była utrzymana w coraz chłodniejszym tonie. Wreszcie zgłosiła się dziewczyna z Ukrainy, która umówiła się, przyjechała i jeszcze wyglądała na naprawdę wdzięczną.

Po jakimś czasie w ramach minimalizowania rzeczy wokół mnie wystawiłam dwa ceramiczne pojemniki i jedno szklane naczynie, których w ogóle nie używałam, a tylko zajmowały miejsce w kuchennych szafkach. Za darmo, byle ktoś sobie wziął. Tu pojawiła się pewna nowość, mianowicie kilka osób zarezerwowało wszystkie trzy skorupy. Byłam tak zachwycona możliwością wypchnięcia z domu wszystkiego naraz, że nawet zadeklarowałam podwózkę na te rozstajne drogi. Ale i to było mało dla chętnych, którzy wykruszali się jeden po drugim, trudno nawet powiedzieć z jakiego powodu. Pewnie po prostu się rozmyślili. Potem jakaś pani bardzo prosiła, żeby jedno naczynie przetrzymać przez dwa tygodnie, bo wtedy będzie w Krakowie i wzięłaby chętnie na szkolny kiermasz charytatywny. Oczywiście, że zgodziłam się na przetrzymanie, jakżebym mogła inaczej, na dźwięk „charytatywny” serce otwiera mi się na oścież. Pani była bardzo wdzięczna i zachwycona, po czym tuż przed terminem odbioru straciła zainteresowanie tak pojemnikiem jak i kontaktem ze mną.

Ostatnio wystawiłam spacerówkę po Wojtku. Dwa lata wcześniej odkupiłam ją od sąsiadki, więc w sumie była po dwójce dzieci. Nówka kosztuje ok. 500 zł, więc uznałam, że 70 zł za wysłużoną, ale wciąż sprawną nie jest cena wygórowaną, jednak liczyłam się z tym, że nikt jej nie zechce. O dziwo, dość szybko pojawiła się odpowiedź od pani i standardowo, że mąż podjedzie.

Mąż pani podjeżdżał ze trzy wieczory z rzędu, ale ciśnienia nie miałam, bo wózek i tak stał na klatce. Umyty, doczyszczony z chrupek i błota prezentował się całkiem nieźle. Metalowe elementy lśniły bez mała jak nowe.

Pan przyjechał któregoś wieczoru o 21.30 i rozpoczął niezwykle skrupulatny przegląd techniczny wózka. Oczywiście, doskonale go rozumiałam, w końcu miał wozić jego potomka. Oglądał, sprawdzał, pukał i stukał, nawet zostawił mi aktówkę pod zastaw i wyszedł na podwórko pojeździć. Miałam ochotę zażartować, że gdyby moje dziecko nie spało, to bym mu je pożyczyła do testów, ale pan nie wyglądał na żartownisia. Wreszcie, gdzieś po dziesięciu dłużących mi się niemiłosiernie minutach, przedstawił wyniki oględzin pod kątem „czego nie było w opisie”.

Przy zepsutej blokadzie przednich kółek przyznałam mu rację. Nie zwróciłam na to uwagi, bo nie pamiętam, żebym kiedykolwiek próbowała je zablokować. Kiedy wskazał mi „przetarcia w tapicerce” zdziwiłam się trochę, bo na moje oko materiał był tylko nieco zmechacony, ale dobra, powinnam była rzetelnie opisać stan tkaniny. Ale jak mi pokazał „starte ukośnie tylne kółka”, to już miałam ochotę pożegnać się i nazajutrz wystawić wózek koło śmietnika. Może przydałby się naszemu lokalnemu Panu Żulowi do wożenia dobytku, na pewno nie kwestionowałby stanu tapicerki. Ostatecznie wzięłam 40 zł, które zaoferował mi nabywca i nawet nie zdążyłam ich włożyć do portfela, bo starsze dzieci przyszły po kasę na oprawki książek i zeszytów.

Tak oto jasno widać, że mistrzynią negocjacji handlowych nigdy nie będę. W handlu, nawet wymiennym, kariery nie zrobię, taka karma. Problem w tym, że nie umiem po prostu wyrzucić różnych rzeczy do śmieci, zawsze mi się wydaje, że jeśli nie mnie, to komuś innego się przydadzą. Widziałam, jak się cieszyła ze szpilek dziewczyna z Ukrainy albo mama nowej właścicielki krzesełka do karmienia. Ale z drugiej strony z powyższych przykładów doskonale widać, ile pary idzie w gwizdek. Dlatego jeśli mam położyć na szali cudzą radość i czas, który mogłabym wykorzystać dla siebie, to coraz częściej kieruję się zasadą „najpierw ja”. Mam coraz mniejszy zapał do uszczęśliwiania wszystkich wokół kosztem siebie samej.

A wiecie co jest najlepsze? Zaczynając tę notkę nawet nie sądziłam, że z założenia zabawny opis moich perypetii zakończy się tak refleksyjnie 🙂

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi:

15 comments on “Moje przygody z OLX. Nigdy więcej!
  1. Ange76 napisał(a):

    Na OLX zwykle szukałam opiekunki dla moich córek. Po pierwszym błędzie w postaci podania numeru telefonu, kiedy dzwoniły do mnie osoby, które nie przeczytały chyba ogłoszenia, bo nijak nie pasowały do profilu studentki i nawet przez telefon nie umiały się ani porządnie przywitać, ani wyrazić po polsku, przerzuciłam się na kontakt pisemny. Pozwoliło to wyeliminować osoby, które nie umiały sformułować na piśmie dwóch składnych zdań, nie znały ortografii (opiekunka miała pomagać dzieciom w odrabianiu lekcji i kontrolować ich odrabianie), że o gramatyce nie wspomnę. Pozostawały pojedyncze chętne, z którymi mogliśmy się spotkać.

    Jak do tej pory sprzedawałam na tym portalu dwie rzeczy i w obu przypadkach nie miałam złych doświadczeń, choć trochę pluje sobie w brodę, ze za tanio sprzedałam łyżwy po młodszej córce, bo były praktycznie ze 2 razy przez nią używane. Ale widocznie ja także kokosów na sprzedaży używek nie zrobię 😉

  2. Aga napisał(a):

    A myślałam, że tylko ja trafiam na tak nierzetelnych klientów! Wystawiłam za grosze różne sprzęty po dzieciach. Telefony się urywały do 24. W ogłoszeniu wyraźnie zaznaczylam, że odbiór TYLKO osobisty, a większość maili zaczynała się pytaniem o możliwość wysyłki. Kiedy umówiłam się już z potencjalnym nabywcą (odpowiadając na tysiąc pytań dodatkowych, wysyłając mnostwo dodatkowych zdjęć) na konkretny dzień i godzinę, uznałam, że sprawa zakończona. Tymczasem zostałam wystawiona do wiatru… Za czwartym razem udało się:)

  3. kwiatkowska napisał(a):

    Z komentarzy pod notką i na fejsie mogłabyś fajny artykulik machnąć. Współpracujesz jeszcze z żółtą kropką?

  4. Hanka napisał(a):

    Smutna prawda jest taka, że utwierdziłam się w przekonaniu, iż ludzie są straszni, myślą tylko o sobie, innych i ich czas mają w nosie i go nie szanują. Tak jest wszędzie, gdzie się spojrzy – od kolejki u lekarza, po parkowanie samochodu. A jedna Pani mi kiedyś powiedziała, na moją uwagę, że gdyby zaparkowała prosto na jednym miejscu parkingowym, a nie na dwóch ( rzecz działa się na ciasnym parkingu przy pracy) to bym jej nie zastawiła, bo bym się zmieściła, że jak jest dużo wolnego, to się parkuje jakkolwiek. No chyba ona, bo ja nie.

  5. ida27 napisał(a):

    Kiedyś oddawałam za darmo parę gratów komputerowych mojego męża. Odzew był natychmiastowy. Owszem odbiorca przyjechał do domu i był zachwycony tym co dostaje. Co więcej, tak się rozochocił, że stanął na środku salonu i zapytał czy jeszcze czegoś nie chcę mu oddać. „O to bym wziął.”- powiedział pokazując na moją witrynkę, upakowaną ciasno naszym ślubnym kompletem porcelany. Zatkało mnie, tym bardziej, że Pan nie żartował.
    Inna Pani przyjechała rozklekotaną skodą z drugiej strony Warszawy po rower stacjonarny. Był za darmo ale Pani przywiozła słój konfitury z pieczonych jabłek i szarlotkę. Po moich wcześniejszych doświadczeniach też mnie zatkało, tym razem pozytywnie.

  6. Marta napisał(a):

    Ha! Miałam bardzo podobne przygody z olx. Ja wystawiałam stare meble – meblościanki, takie już nadgryzione zębem czasu, niemodne, niepiękne. Stwierdziłam, że ja dostałam je w spadku z mieszkaniem, nie potrzebuje ich, ale może ktoś będzie je chciał, więc je wystawie za darmo – sam fakt, że sama nie będę musiała organizować ich wyniesienia był dla mnie wystarczającym wynagrodzeniem. Po wystawieniu natychmiast dostałam kilkanaście wiadomości – głównie w stylu „za ile?”, „biorę”, „rezerwuję”. Może się czepiam, ale denerwuje mnie jak ktoś wysyła wiadomość i nawet się nie podpisze imieniem, nie mówiąc o jakimś powitaniu i pożegnaniu. Może za dużo wymagam od komunikacji internetowej, ale jednak…
    Jeśli chodzi o odbiór, to żeby wydać meble, musiałam jechać do mieszkania, które znajduje się 20 km od mojego domu, starałam się więc tak dogadać z potencjalnym odbiorcą, żeby mieć pewność że się pojawi. I tak zdarzyło się jednak, że ktoś przyszedł, zobaczył meble, wybrał co lepsze elementy, a resztę zostawił mówiąc, że teraz nie zmieści więcej w bagażniku, ale przyjedzie jutro. Oczywiście nie przyjechał, ani nie odbierał już telefonu. Najfajniejszym odbiorcą w moim przypadku również okazali się obywatele Ukrainy – chłopcy, którzy odebrali meble kuchenne, które wystawiłam za jakieś 100 zł, bo były w całkiem dobrym stanie. Byli jednak tak punktualni, mili i zadowoleni z mebli, że cenę opuściłam im o połowę i jeszcze dołożyłam zestaw taboretów, który chciałam zostawić, ale głupio mi było, że nie będą mieli na czym siedzieć – mebli potrzebowali do mieszkania które wynajęli bez mebli.

    Ogólnie wystawianie rzeczy za darmo generuje mnóstwo zainteresowanych, którzy niestety są dość niepoważni i mają dość roszczeniowe nastawienie do świata – takie jest moje doświadczenie. Nie wiem z czego to wynika, ale teraz wolę wystawiać rzeczy za przysłowiową złotówkę, co od razu przekłada się na mniej zainteresowanych, ale poważniejszych.

  7. novembre napisał(a):

    A na horom curke jeszcze nikogo nie miałaś? 😉

    Wystawiam często ubrania po Idzie na tutejszym olx. Nigdy za darmo – choćby za symboliczne parę franków. Za darmo, odnoszę wrażenie, ludziom się nie chce. A mnie się chce pozbyć rzeczy z piwnicy :). Czasem trwa dłużej, czasem – jak teraz – ubranka po lecie – będą musiały poczekać do wiosny, aż ktoś je znajdzie i kupi, nie szkodzi.
    Często też kupuję zabawki dla Idy; w sklepach ceny kosmiczne, a bardzo często używane są w dobrym stanie – tak, jakby używało je starsze rodzeństwo. Podjeżdżam sama, mąż czasem nawet lepiej, że o danej transakcji dowiaduje się po czasie ;-)).

    Pozdrowienia!
    novembre

    • Jagoda napisał(a):

      U nas nie było na „horom curke”, ale było na sierotę 😀 Sprzedawaliśmy Hondę Civic. W stanie takim a nie innym, dlatego za 1800zl. Po dwóch minutach od kliknięcia „enter” przy wystawianiu ogłoszenia było 5 telefonów. Następnego dnia przyjechała pani z kolegą i 19-sto letnim synem. I się zaczęło… bo to dla chłopaka, żeby się miał na czym uczyć jeździć… a spuści pan na paliwo na drogę powrotną?… a opon zimowych pan nie ma? I zaglądanie pod wiatę… a nie spuści pan stówki na szczęście?… (dodam tylko, że mąż miał tak dosyć, że jeszcze przez telefon zszedł na 1300zl) i najlepsze na koniec: a nie spuści pan jeszcze trochę? Syn ojca nie ma… Takiej żenady dawno nie widzieliśmy. Byliśmy totalnie zniesmaczeni.
      Co do olx to mam podobne doświadczenia jak Dorota. Pytania w stylu „Za ile?”, bez żadnego „Dzień dobry” itp pomijam. Najbardziej denerwuje mnie jak ludzie się umawiają i nie przyjeżdżają ani nie informują, że rezygnują… A, przypomniał mi się pan, który przyjechał po szafkę kuchenną z Ikei. Szafka w bardzo dobrym stanie wystawiona za 50zl. Jak już ją zaczął wciskać do auta to okazało się, że zapomniał sprawdzić czy podane wymiary mu pasują i czy szafka w ogóle się zmieści do samochodu. Mąż ofiarnie sam rozkręcił mu ją wkrętarką, a potem na pytanie „To co, 30 złotych?” odpowiedział „Tak”, wziął kasę, a potem zdziwiony na mnie patrzył jak zapytałam gdzie reszta. Bo zapomniał, że szafka była wystawiona za 5 dych, a pan go po prostu naciągnął. Szkoda gadać…

  8. Ola napisał(a):

    Na Allegro od jakiegoś czasu nie płaci się za wystawienie, jedynie prowizję od sprzedaży. Co dla mnie jest super, bo wystawiam dwudziesty raz rzecz, a nic za to nie płacę nawet jak jej nie sprzedam 🙂 Sprzedaję dużo na allegro(często za grosze, ale jakoś też wolę je dalej w świat puścić). Na olx kilka razy kupowałam, z wysyłką i było ok. Ale mam ciekawe doświadczenia jako sprzedawca na allegro-na kilkaset produktów, które wysłałam były jakieś 3, za które ktoś zapłacił(nigdy za pobraniem nie wysyłam), wysłałam i…nikt ich nie odebrał. Paczki wróciły, zapłaciłam za ich podróż powrotną do mnie, a kupujący już się więcej nie odezwał. Cóż.

  9. Winter napisał(a):

    Mój mąż coś tam na olx działa, dwustronnie nawet, ale on ma cierpliwość do tego. Ja zawożę do brata Alberta lub PCK tzn mężem zawożę 😉

  10. Katarzyna napisał(a):

    U mnie tzw. przydasie lądują w garażu. Tak, parkuję na podjeździe… Ale plany podboju świata dzięki olx i allegro nadal mam 😉

  11. Justyna napisał(a):

    Moja „ulubiona” olxowa odpowiedz od kobiety , która nie zjawiła się na umówione spotkanie w celu obejrzenia towaru :”było gorąco i nie przyjechałam. Proszę juz do mnie nie pisać.” Jasne. Tak jej nawrzucalam aż mi ułożyło. Ludzie to idioci. Smutna prawda.

    • Jagoda napisał(a):

      Aż mnie zatkało! Nie wiadomo czy się śmiać czy płakać… Do mnie też raz pani pisała, bardzo zainteresowana, ale w końcu przestała się odzywać, więc zapytałam czy nadal chce kupić to co wystawiłam. Odpowiedziała, że jest początek roku szkolnego i nie ma czasu o tym myśleć.

  12. kwiatkowska napisał(a):

    Ja mam raczej pozytywne doświadczenia z OLX, ale nie wystawiam nic za darmo, a większość rzeczy idzie wysyłką. Jakoś można się dogadać. Zabawną historię miałam tylko raz, kiedy chciałam odkupić od pewnej pani pluszaki. Z bezładnej góry zabawek, która była na zdjęciu poprosiłam o wyłuskanie i sfotografowanie tych, z określonej serii, które mnie interesowały. Pani twierdziła, że ma takich 8, po czym przysłała zdjęcia 5, z czego jedna maskotka na pewno była z innej bajki. Oraz zaczęła mi wciskać, że są jak nowe, a za jedną płaciła ok. 100 zł w sklepie (musiałaby sporo przepłacić). Jak zaczęłam drążyć temat, to kazała mi spływać do Biedronki po Świeżaki. Bardzo się uśmiałam, bo naklejki zbieram tylko dla dzieci znajomych. Mój Młody ich nie kolekcjonuje.

  13. gosia napisał(a):

    Witam Dorotko!

    Ojoj jak ja Cie rozumiem.Mam tak samo.Z sentymentem nawet oddaje niektore rzeczy.Ludzie maja pretensje,wymagania i po prostu zachowuja sie tak,jakby wszystko sie im nalezalo.Nie wystarcza gest,ochota i to,ze oddajesz rzeczy za FREE.
    Co to za chore czas,w ktorych zyjemy…Znam dokladnie bol,bo mialam podobnie i stwierdzilam,ze bede rzeczy oddawac na cele charytatywne,typu domy dziecka,koscioly itp.
    Ludzie dzisiaj sa niewdzieczni i nie maja wstydu czasami.
    Pomyslec,ze kiedys wszystkiego bylo mniej i wszystko bylo doceniane…eh,szkoda gadac…:(

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*