Rok szkolny 2017/2018 rozpoczęty

Pod koniec wakacji cała byłam drżącym oczekiwaniem „niech już się zacznie, niech wreszcie kaganiec oświaty im założą!” i nagle (WTEM!) któregoś dnia doznałam iluminacji. Głos w mojej głowie zapytał: „Czego nie możesz tak doczekać się, kobieto? Dopiero teraz ci się zacznie!”

I uświadomiłam sobie, że rok szkolny to przecież codzienne zdzieranie z łóżek przed świtem, popołudniowe zaganianie do lekcji i wieczorne do łóżek, poranne nagabywanie „a strój na wf masz?”, a także wydatki wrześniowe, po zsumowaniu porównywalne do ceny kilkudniowej wycieczki w ciepłe kraje. Normalnie krew, pot i łzy.

Rok szkolny 2017/2018 zaczął się 4 września i już zdążył mnie zmęczyć. Szybko, nie? Wojtek chodził do przedszkola całe cztery dni, w trakcie których z grubsza ogarnęłam parę spraw. W czwartek odebrałam zdrowe dziecko, które wieczorem dostało gluta-giganta, aż się dusiło. Mąż w środku nocy pojechał do apteki po aspirator do odciągania kataru, bo roztrzęsiony Wojtuś w ogóle nie wiedział, co się z nim dzieje, nie było szans, żeby wydmuchał nos. Miał prawo zapomnieć, wszak ostatni katar miał z rok temu. W związku z tym mój precyzyjnie rozpisany plan działań zawodowych rozsypał się jak domek z kart. Co więcej, robaczki starsze również pociągające i pokasłujące się zrobiły, wszystkie trzy, więc drżę, czy nie czeka mnie aby obsługa oddziału pediatryczno-geriatryczno-zakaźnego. Na razie wszystkich faszeruję miksturą na odporność i liczę na zmiłowanie Niebios.

W pierwszym tygodniu starsi chłopcy wstawali z zapałem, ale to już przeszłość. Michał po dwóch latach drugiej zmiany chodzi w tym roku 4x na 8.00 i 1x na 12.30. Fajnie, bo ma wolne całe popołudnia, ale poranne wstawanie nigdy nie było jego mocną stroną. Nie dziwię mu się w ogóle, sama już 7 września o 6.00 rano poczułam zmęczenie materiału. Miałam nadzieję, że tabletki na tarczycę podniosą poziom mojej energii życiowej (aktualnie jest gdzieś poniżej kostek), ale na razie nie działają. Kopa daje mi kawa, ale musiałabym chyba chodzić cały dzień podpięta do kroplówki z kofeiną.

Siódma klasa Piotrka to kolejny eksperyment edukacyjny na moim dziecku, jaki fundują nam kolejne rządy. Poszedł do szkoły jako sześciolatek, żeby uniknąć podwójnego rocznika, ale co komu pisane, to go nie ominie i ze starszym rocznikiem spotka się u bram szkoły średniej. TADAM! Systemu nie przechytrzysz. Jak sobie pomyślę, że będzie konkurował o miejsce w liceum z bardzo pracowitą koleżanką ze szkoły pijarów i bardzo zdolną koleżanką z innej dobrej szkoły prywatnej, to… To natychmiast przyjmuję taktykę Scarlett O’Hary.

Szkoła dostała dotacje na wyposażenie pracowni przedmiotowych, ale wyposażenie jeszcze nie dotarło. Np. w pracowni chemicznej jest na razie tylko szafa ognioodporna. Do tego dochodzą przedziwne kombinacje lokalowe, które na szczęście nie dotyczą bezpośrednio moich dzieci: każda klasa pierwsza przez 2,5 miesiąca będzie uczyć się w filii szkoły, dla niezmotoryzowanych dość odległej od macierzystej, a świetlica dla klas trzecich mieści się w sali parafialnej i dzieci między świetlicą a szkołą przewożone są busem. Dzięki temu czwarte klasy chodzą na rano.

Michał dostał salę po świetlicy, brudną i zaniedbaną. W pierwszej klasie malowaliśmy salę szkolną własnymi siłami, ale chyba już nie ma w nas tego zapału co u progu edukacji naszych gołąbeczków. W każdym razie nikt nie wychyla się z podobną propozycją. Czwarta klasa to nowi nauczyciele i wiadomo – u każdego trzeba się odpowiednio zaprezentować. Podoba mi się pani od polskiego, nauczycielka z 27-letnim stażem, poprzednio pracowała w gimnazjum i już na pierwszej lekcji ostro usadziła żartownisiów, budząc szczerą niechęć dziateczek, ale na drugiej lekcji wszystkim dała piątki za czytanie, czym zaskarbiła sobie ich względy i zatarła pierwsze wrażenie. Michaś sam zauważył, że na polskim jest super, byle nie rozrabiać. Dwoje nauczycieli ma tych samych co Piotrek, pozostałych nie znam. Mam nadzieję, że opanują klasę, bo to dość żywe sreberka.

Nowy rok – nowe podręczniki! Krew mnie zalewa szeroką strugą na myśl o tym, ile papieru się zmarnowało. Tony niepotrzebnych podręczników zalegają w magazynkach i innych szkolnych pomieszczeniach gospodarczych, bo na razie nie ma decyzji, co z nimi zrobić. Jakim bogatym krajem jest Polska!… Kiedy Piotrek był w czwartej klasie, książki kupowaliśmy sami, więc zostawiłam wszystkie z myślą o Michale. Teraz przyniosłam je z piwnicy i porównałam przyrodę i matematykę. Oprócz szaty graficznej i lekkiej, dosłownie kosmetycznej zmiany redakcyjnej są identyczne. Podręcznik do przyrody został napisany w stylu wypracowania, które niby nie jest spisane słowo w słowo, ale każdy nauczyciel zorientuje się, że jest. Tu inny szyk zdania, tam inna kolejność akapitów czy rozdziałów, ale generalnie wszystko to samo, nawet zdjęcia i grafiki. Jest jedna zmiana na minus: w wydaniu 2017 nie ma już pierwszego działu traktującego o tym, jak planować swój dzień, jak się efektywnie uczyć, jak odpoczywać i o tym, że należy wspólnie dbać o dom.

Podręcznik do matematyki nawet nie udaje czegoś innego, niż jego poprzednik sprzed trzech lat. Te same działy, te same zadania, choć w innym szyku, za to inne rysuneczki i tu i ówdzie inne tytuły rozdziałów. Rozłożyło mnie zadanie o samolotach: dzieci miały obliczyć, o ile krótszy jest jeden od drugiego. U Piotrka były to Boeing 467 i Jumbo Jet, a u Michała Boeing i Airbus.

Zupełnie inny jest za to podręcznik do historii. Za czasów Piotrka (nie mówimy o latach 80. XX wieku, ale o rzeczywistości sprzed trzech, słownie: TRZECH lat) w czwartej klasie omawiano Starożytność, czyli Mezopotamię, Egipt, Grecję i Rzym. Michał w tym roku będzie poznawał tylko historię Polski, przy czym przejdzie przez nią jak burza, bo od Piastów i Jagiellonów poprzez Sobieskiego, Kościuszkę, Inkę i rotmistrza Pileckiego do Jana Pawła II, księdza Popiełuszki i „Solidarności”.

Bardzo zainteresował mnie rozdział zatytułowany „>>Solidarność<< i jej bohaterowie”.

Nie widziałam podręcznika do polskiego, jeszcze nie dostali, ale nauczycielka zaczęła od „Mikołajka”, który pojawia się na pierwszych stronach starego. Do angielskiego 4 września dostali stare książki, ale teraz są wymieniane na nowe wydania. Podejrzewam, że zmiany będą takie jak w matematyce.

Wspomniane wcześniej lokalowe perypetie szkolne podniosły mi ciśnienie, bo nowa szkoła na naszym osiedlu miała być wybudowana już kilka lat temu. Każde kolejne wybory samorządowe wynoszą temat jak na fali, która następnie opada łagodnie i rozmywa się w morzu innych spraw i potrzeb. Według ostatnich informacji szkoła (wraz z przedszkolem i biblioteką i boiskiem i parkingiem i halą sportową i kuchnią i placem zabaw i wodotryskiem) ma być gotowa na rok 2021. Pisemnie obiecał to nasz radny, który nie rzuca słów na wiatr, niemniej o szkole na Klinach mówi od lat. Już nawet lokalizacja była, nieco odmienna od aktualnej, już nawet pieniądze na wstępne projekty były. Cisną mi się na usta bardzo brzydkie wyrazy i gdyby nie plany wyprowadzki z tego rejonu Krakowa, to zrobiłabym tu niezły raban.

Właśnie, może powinnam zaangażować się w jakąś społeczną działalność? Walka o różne sprawy zapewne podnosiłaby mi ciśnienie lepiej niż mocna kawa.

Na razie czeka mnie walka z własnym potomstwem w wieku szkolnym, bo o ile starszy egzemplarz jest przyuczony do systematycznej nauki, o tyle priorytetem młodszego jest bujne życie towarzyskie i tylko patrzy, jak się wyrwać z domu, nie bacząc na obowiązki. Zatem na razie na podniesienie ciśnienia wystarczy mi to, co mam.

A jak tam u Was początek nowego roku szkolnego? Rewolucja czy luzik? Lajcik czy zgrzytanie zębami?

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , , , , ,

16 comments on “Rok szkolny 2017/2018 rozpoczęty
  1. nana napisał(a):

    O jakże ciekawe i bliskie mi wątki z tego wpisu!
    Ubiegłą jesień spędziłam angażując się w protesty przeciwko wdrażanej deformie edukacji. Mało widziałam znajomych twarzy, z naszego osiedla – NIKOGO. To nie chodziło o zastąpienie protestami kawy w generowaniu emocji – ale o strategiczne podejście do problemu „dostanie się do LO? Nie dostanie się? Jaki będzie egzamin”?
    Ogarnął mnie strach, jak policzyłam ile dzieci w roku 2019 będzie zdawać do LO przy jednoczesnym ograniczaniu klas w liceach w Krakowie. W interesującym nas VI LO – już zmniejszono ich liczbę o 2.

    Przeniosłam dziecko do innej szkoły. Celowo, żeby zwiększyć jego szanse na liceum, choć wcale pewna nie jestem, czy to coś pomoże. Nauczyciele w nowej szkole, nauczyciele gimnazjalni, z doświadczeniem, z sukcesami – już teraz są przerażeni – muszą nauczyć materiału z 3 lat w 2. Nowa matematyczka jasno powiedziała: to, że z nowej podstawy usunięto bryły obrotowe, układy równań, funkcje itp. nie oznacza, że ona tego nie będzie uczyć. Będzie, bo uczeń musi to znać, bez tego w liceum nie poradzi sobie. A więc – żadnych zbędnych wycieczek, wyjść, teatr tylko wieczorem, udział uczniów w zawodach za zgodą nauczycieli przedmiotowych. Mało? To jeszcze dorzucę – co tydzień 50 słówek z angielskiego do wykucia. Odpytywanie losowe i na ocenę. Pospolite ruszenie i mega mobilizacja zarówno po stronie uczniów, nauczycieli jak i rodziców.
    Po 2 tygodniach szkoły zapomniałam w ogóle, że miałam urlop i że kiedyś były wakacje. Syn uczy się do 22-23. Okazało się, jak fatalnie i po łebkach uczono matematyki w naszej starej szkole. Jestem przerażona, zmęczona i niby powinnam mieć poczucie jakiejkolwiek nadziei, że nowa szkoła zwiększy szanse mojego dziecka, ale nie mam tej pewności.

    Co do nowej szkoły na osiedlu – bez złudzeń.

  2. Paulina napisał(a):

    U nas niezłe zamieszanie. W związku z likwidacją gimnazjum nasza podstawówka została podzielona na pół i powstały dwie szkoły podstawowe – jak sądzę po to, by uratować przed utratą pracy całą gimnazjalną kadrę, część zespołów klasowych została rozbita, część przestraszonych tym co się dzieje rodziców przeniosła swoje dzieci do nowej szkoły prywatnej. Nowe klasy, część zupełnie nowych nauczycieli i to dla pewnych grup dzieci bynajmniej nie w związku z rozpoczęciem nauki w klasie czwartej.

    Nas to osobiście na szczęście nie dotknęło, syn pomaszerował do klasy piątej w starej szkole i z poprzednim wychowawcą oraz nietkniętym zespołem kolegów. No i darmowymi podręcznikami! Tym razem mieliśmy szczęście :).

  3. ania napisał(a):

    Co do nas-myślałam,że jak zniknął przymus 6latków w 1 klasie, to mam jeszcze 2 lata w przedszkolu.na zebraniu dowiedziałam się,że nie.właśnie zaczeliśmy ostatni rok bo są 2 gr trzylatków, 3 gr czterolatków i nie będzie miejsca.zerówki będą w szkole.już się boję,że jak za starszaka od 7 do 12 lub od 12 do 17….starszak 5klasa-oczywiście 2zmianowo, 2razy kończy 16.40, potem angielski albo judo i …praca domowa do nocy bo następnego dnia na 7.40.a ograniczyliśmy się do 2 zajęć dodatkowych tylko..serio, nie wiem co jeszcze można by obciąć

  4. Aga napisał(a):

    U nas początek zerówki, ale że w przedszkolu to luzik:) Zadziwiła mnie niemile jedynie podstawa programowa, dzieci nie będą się bowiem uczyć niczego… Żadnego czytania, pisania w liniach, dodawania i odejmowania:(( Za to w pierwszej klasie podobno mają mieć już to opanowane.

  5. mamaAsi napisał(a):

    Moja osobista piątoklasistka idzie starą nową podstawą. Natomiast moje służbowe dzieci(4sp) idą podstawą najnowszą. W szkole Asi jest prawie 1000 dzieciaków i nie ma dwuzmianowości, lekcje zaczynają się o 8.15 i kończą najpóźniej o 15.30. W mojej szkole jest 1098 uczniów i dwuzmianowość niestety jest, moja klasa zamyka szkołę w piątek o 16.25. Różnica bierze się stąd, że obie szkoły w budynkach tysiąclatek są inaczej zarządzane. W szkole mojej córki od lat na stałe zamiast 3 i 4 godziny wf wchodzi basen- od 2 klasy podstawówki do końca, na razie w 7 jest. W dzielnicy są 2 baseny i wszystkie szkoły tak to organizują, zwalniając w ten sposób miejsca w salach lekcyjnych. Dzieci chodzą na piechotę na tę pływalnię, na którą bliżej, koszt wynajmu opłaca szkoła z rady rodziców.
    Podstawa z historii wraca do starych, dobrych wzorów z lat 70 i 80. W czwartej propedeutyka, w piątej od prehistorii do końca średniowiecza, w szóstej od Kolumba do Napoleona, w siódmej od kongresu wiedeńskiego do wybuchu II wojny światowej, w ósmej II wojna po współczesność. Idiotyzm w postaci starożytnej w czwartej kasie został zlikwidowany, bo dzieci nie mają w tym wieku pojęcia o geografii Polski, a co dopiero Bliskiego Wschodu, Grecji czy Rzymu. Na korzyść dzieci zadziała powrót geografii, a nie nonsensu pod nazwą przyroda, nie w rozumieniu przedmiotu jakiego uczono w klasie 4 w latach 70. a wynalazku wprowadzonego w życie reformą Handtkego. Do tej pory układ treści zależał od wydawnictwa, byle wszystko się znalazło w cyklu nauczania, stąd ustawiczne problemy z konkurami przedmiotowymi, bo jedni robili coś w 4 klasie, a inni dopiero w szóstej, z wyjątkiem historii, gdzie chronologia wymuszała pewną niezmienną kolejność.
    W 1932 r. minister Jędrzejewicz wprowadził reformę oświaty, która nikomu się wówczas nie podobała. Daj Boże współczesnym taką, trwale zdobytą wiedzę jaką mieli uczniowie w latach 30. zdający małą maturę.

  6. bzapiski napisał(a):

    Luzik. Babcia jestem.

  7. Dorota napisał(a):

    Piotruś w siódmej klasie?! To czemuż ja wyobrażałam go sobie jako co najwyżej czwartoklasistę? 🙂
    Dorota

    • Dorota napisał(a):

      Piotruś w tym roku zaczyna przygotowanie do Bierzmowania, w głowie mi się nie mieści, dopiero co do Chrztu go niosłam 🙂

  8. cypisek napisał(a):

    U nas zdecydowanie spokojniej, uff.

    Siódmoklasista, czwartaczka i pierwszak zgodnie chodzą na 8 i na razie prezentują luz. Mają dwa budynki, gimnazjum i klasy VI i VII są razem w danym gim, młodsi w podstawówce „głównej” Świetlica działa tam gdzie zawsze i jest dostępna. Podręczniki dostają jeszcze sukcesywnie, ale ja np. nie kupowałam Frankowi rok temu, tylko miałam odkupione i był to trzeci rok podręcznika, dłużej by nie żyły. Więc nie miałam poczucia marnotrawstwa takiego, ale przykre to co piszesz. Ale masz rację, bo Frankowy pan z religii podał podręcznik i stwierdził, że nie musi być nowy do VII, ten do I gim jest taki sam i można wziąć od kolegów. Nauczyciele nasi zostali zmieszani, najwięcej z gim wzięło 4 klasy, by starszym rocznikom nie mieszać nauczycieli, doszli im do nowych przedmiotów.
    z historią nie mam szczególnie zdania, bo musiałabym przeanalizować resztę lat – czy starożytność poległa na stałe czy będzie potem? Może jest podobnie jak w moich czasach, gdy w IV kl, był przegląd przez całość, a potem szły kawałki?
    Zysk dla F. – w poprzednich warunkach do gim by poszedł „do miasta” czyli codziennie minimum godzinę by zjadły dojazdy.

  9. kolorki napisał(a):

    Mnie „zachwyca” fakt, że gimnazjaliści oddają podręczniki w czerwcu (często nie kończąc materiału) i we wrześniu dostają nowe, w 3 klasie mają do napisania egzamin – ciekawe z czego mają sobie powtórzyć?? Najgłupszy jest fakt, że po obecnych drugoklasistach nie ma już nikogo, a podręczników nie mogą nawet wypożyczyć (o wykupieniu za grosze, czy oddaniu za darmo nie wspomnę) – skrajna głupota 🙁
    W przedszkolu zostawiłam fortunę – w tym na podręczniki dla 4latki!!!! Kazali przynosić po paczce chusteczek na miesiąc, ale stanowczo zabronili przyprowadzania dzieci z katarem – czy tylko ja widzę to pewną niespójność ;)??

  10. Anja napisał(a):

    U nas na razie zerówkowy start. Póki co zaczęło się dobrze, choć z niejakim drżeniem wypatruję pierwszych oznak zaglucenia, bo zawsze jak jest zbyt długo dobrze, to coś się musi rypnąć i to w najmniej odpowiednim momencie – dżuma na wyjazd, lazaret na urodziny, stalaktyt z nosa na planowaną wycieczkę.

    Zdrowego i energii do życia powyżej brwi!

  11. kwiatkowska napisał(a):

    Luzik. Młody 5. klasa, idzie starą podstawą programową, podręczniki dostał z biblioteki, kupowałam tylko muzyczne i religię. Jęczy tylko nad środą, kiedy musi być w szkole o 7.30, bo jadą autobusem na halę sportową na zajęcia wf (szkoła nie ma własnej sali gimnastycznej), a kończy o 15.00 dwoma godzinami chóru. Na dzień dobry jadą na 3-dniową zieloną szkołę. Dla części rodziców było to takie zaskoczenie, że postanowili swoje pociechy zostawić w domu. W odpowiedzi usłyszeli, że skoro nie jedzie aż 7 osób z klasy, to będą dla nich zorganizowane w szkole zajęcia, obecność obowiązkowa 😉
    Radny dzielnicowy, o ile nie ma dojścia do prezydenta (lub wsparcia radnego miejskiego, który ma dojście do prezydenta), nie zrealizuje obietnicy budowy szkoły. Musicie się udać z pielgrzymką do Wielkiego Jacka, z tym radnym, który ma dojście, inaczej nie da rady, niestety. Chyba że prezydent już dał kasę na te wstępne projekty, wtedy w pierwszym roku wyłania się biuro projektowe i rysuje projekt, w drugim kompletuje dokumentację i ogłasza przetarg, w trzecim wyłania wykonawcę i rozpoczyna prace, przez 2 kolejne lata kontynuuje prace. No to się zgadza, na 2021 rok szkoła będzie gotowa.
    Wyprowadzka z Krk wciąż w planach czy już na pierwszym etapie realizacji (fundamenty)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*