Sierpień miesiącem trzeźwości, a rzeka piwa jak płynęła, tak płynie

Sierpień był dla mnie miesiącem trzeźwości, odkąd sięgam pamięcią. Formalnie w 1984 roku polscy biskupi pierwszy raz ogłosili taką okoliczność. Wybrano sierpień ze względu na liczne święta maryjne. Od tamtej pory co roku w sierpniu duszpasterze szczególnie zachęcają do walki z uzależnieniem, do modlitwy o trzeźwość i do przynajmniej sierpniowej abstynencji od alkoholu.

Wierni oczywiście słuchają, czasem kiwają głowami, w duchu przyznają rację, a potem idą napić się piwa przy grillu.

Kiedy byłam dzieckiem, zwyczajnym widokiem w centrum mojego miasteczka była grupka miejscowych pijaczków, zawianych od rana, jeszcze długo przed mityczną 13.00. Traktowało się ich z pobłażaniem, chichrało się z ich posuwistego kroku. O tym, że jak się już dotoczą do domów, to leją żony i rzygają gdzie popadnie, w tym na świeżo wyprasowaną pościel, nikt nie wspominał. Minęło wiele lat i grupka istnieje nadal, odmłodzona o jedno lub dwa pokolenia. Należy do niej mój szkolny kolega. Kiedy pierwszy raz podszedł do mnie, by wysępić drobne, przeżyłam wstrząs.

Alkoholizm dotyka nie tylko lokalnych pijaczków. Jego ofiarami padają osoby obojga płci niezależnie od wykształcenia czy statusu społecznego. Jedni piją, by się wyluzować, inni, by zapomnieć o kłopotach, jeszcze inni, bo już nie potrafią przestać.

Wszyscy wiemy, że nadużywanie alkoholu w Polsce to wciąż duży problem. Kłopotliwe jest samo wyznaczenie granicy między piciem a nadużywaniem. Czy lampka wina jest jeszcze spoko, ale wypijana regularnie butelka na dwoje to już za dużo? Dwa piwa na głowę to przesada? Czy jesteśmy na drodze do alkoholizmu, gdy każdy dzień kończymy z kieliszkiem w ręku, czy też gorsze jest upijanie się do nieprzytomności od czasu do czasu? A może picie jest problemem dopiero wtedy, kiedy towarzyszy mu przemoc, kiedy siadamy za kierownicę po kieliszku lub myślimy tylko o tym, żeby się napić? Myślę, że na te pytania warto odpowiedzieć we własnym sumieniu.

W moim domu rodzinnym zawsze było dużo alkoholu i mało pijących. Podczas sprzątania barku kilka lat temu znalazłyśmy takie eksponaty jak kminkówka, rocznik 1982, przywieziona przez Tatę z nieistniejącego od wielu lat NRD. Rodzice zawsze powtarzali, że alkohol jest dla ludzi, byle z umiarem, ominęło mnie więc dzieciństwo w oparach wódki i nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak ono wygląda.

Od dawna wiadomo, że spożycie alkoholu w Polsce jest niemałe. Statystyczny Polak, czyli także mój trzyletni Wojtek, wypija rocznie przeszło 3 litry spirytusu, 6 litrów wina i ponad 99 litrów piwa. Zawsze w takich okolicznościach zadaję sobie pytanie: kto wypija przydział moich dzieci? Na stronie Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych można prześledzić statystyki roczne.

Myślę, że jako Polacy mamy większą świadomość szkodliwości alkoholu. Kampanie społeczne typu „Nigdy nie jeżdżę po alkoholu”, „Alkohol tylko dla pełnoletnich” czy „Ciąża bez alkoholu” i „Nie piję za jego zdrowie” robią dużo dobrego. Ale są kampanie, które robią dużo złego. Mam tu na myśli reklamy piwa. Wszechobecne, skierowane do młodych ludzi, łączące piwo z dobrą zabawą, przyjaźnią, pięknymi dziewczynami i przystojnymi chłopakami. Latem jest ich pełno w telewizji, na przystankach tramwajowych, na billboardach. Przez polskie ulice i media płynie rzeka piwa.

Gdyby nie prawo, zabraniające reklamowania cięższych alkoholi, zapewne ta rzeka miałaby więcej procentów. Przed laty w telewizji była rozbrajająca próba ominięcia tego zakazu – a może prawo było wtedy bardziej liberalnie? – w postaci reklamy „łódki” Bols. Krzysztof Daukszewicz kapitalnie ją sparodiował.

Z podlinkowanych wyżej statystyk wynika, że spożycie piwa systematycznie rośnie. Z dzieciństwa pamiętam, że picie piwa było nacechowane obciachem, mówiło się o „żłopaniu piwska”, a kiedy dowiedziałam się, że mama mojej koleżanki lubi piwo, byłam wstrząśnięta i zmieszana. Ale jak to możliwe, kobieta i piwo?! W głowie mi się to nie mieściło. W ogóle nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widziała kobietę pijącą publicznie piwo. Panowie owszem, rozsiadali się przy knajpianych stolikach i pracowicie dźwigali kufle z grubego szkła, wypełnione bursztynowym napojem. Tata kupował piwo sporadycznie, najczęściej z pobliskiego browaru, ale wspomina, że zdobycie Żywca na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to było prawdziwe święto! Teraz picie piwa jest kreowane jako element bycia cool, rozkręca imprezę, będzie się działo, spotkania z przyjaciółmi, z charakterem… W świat idzie jasny przekaz: bez piwa nie ma zabawy, nie ma fajnego życia. I ludzie to kupują (dosłownie – świadczy o tym wzrost spożycia piwa od 39 litrów na głowę w 1992 roku do 99,1 litra w 2015).

Bardzo mi się to nie podoba. Widzę, jak reklamy robią wodę z mózgu dorosłym ludziom, co dopiero dzieciom i młodzieży.

Uważam, że reklamowanie piwa powinno być mocno ograniczone. Ja bym zakazała całkiem, ale ja jestem skłonna do radykalnych posunięć. Reklamy piwa tak już wrosły w krajobraz, że w zasadzie nas nie ruszają, są naturalnym elementem otoczenia. Moim zdaniem powinny zniknąć z telewizji i z ulic.

To jest do zrobienia, przecież dobrze pamiętam czasy, w których wszechobecne były reklamy papierosów. Kowboj na plakacie w Peweksie był symbolem świata luksusu. „Come to where the flavor is” to było chyba pierwsze zdanie po angielsku, które sobie przetłumaczyłam, dumna z umiejętności językowych nabytych w liceum. I pyk, nie ma, nie reklamuje się papierosów.

Piwo też mogłoby zakończyć karierę medialną, tylko kto dobrowolnie zrezygnuje z zysków? Producenci piwa sponsorują wielkie i małe imprezy, tylko patrzeć, jak fundacje zaczną zakładać i stypendia rozdawać. I tak naprawdę nie będzie to żadna nowość, bo tacy np. Goetzowie, właściciele browaru w Okocimiu, nie szczędzili funduszy na lokalne i ogólnopolskie przedsięwzięcia: są fundatorami lokalnej biblioteki publicznej, kościołów, plebanii, a także wnieśli wkład w wykupienie Wawelu z rąk Austriaków, w budowę Teatru Słowackiego i pomnika Mickiewicza.

Chciałabym wierzyć w mądrość młodego pokolenia, które nie da się uwieść pieczołowicie wykreowanej przez specjalistów od sprzedaży piwno-wakacyjnej aurze, ale jakoś nie wierzę.

A co Wy myślicie? Reklamować nadal? Zakazać?

Napisano w Od Rana Do Wieczora

6 comments on “Sierpień miesiącem trzeźwości, a rzeka piwa jak płynęła, tak płynie
  1. Magda napisał(a):

    No nie, sierpien jako miesiac trzezwosci nie zostal wybrany przez biskupow z uwagi na liczne swieta maryjne. Nie jestem zakolegowana z biskupami, ale bylo dla nas odwiedzajacych koscioly wowczas – czyli w 1984 roku – jasne, ze chodzi o to, zeby nawiazac do sierpnia 1980, kiedy to strajkujacy w Polsce robotnicy oglaszali zakaz picia alkoholu przez strajkujace zalogi. Szlo takze o upamietnienie nielegalnej wtedy Solidarnosci. Nie wszystko w Polsce zaczyna sie od Najswietszej Panienki.

  2. novembre napisał(a):

    Szczerze mówiąc, w polskiej telewizji i radiu bardziej drażnią mnie reklamy leków i suplementów diety; jako naród jesteśmy bombardowani reklamami leków przeciwbólowych, na zaparcia, na biegunkę, na brak apetytu, na nadmierny apetyt, na hemoroidy, na erekcję, na wzdęcia, o tych na schudnięcie nie mówię… Do dziś teściowa ma mi za złe, że nie pozwoliłam dać Piotrkowi (wtedy miał 5 lat) żelków-witaminek, marsjanków. A on chciał, żeby mu kupić! (bo były z trąbką do zabawy…) A to drogie było, a ja niewdzięczna jestem! A ona przecież dobrze chciała! Młoda, 2,5 roku, po dwumiesięcznym pobycie w Polsce pięknie mówi „pychaminki”, na jakieś żelki niby witaminowe, które zobaczyła w reklamie między bajkami na cbebiees. Ratunku!
    Myślę, że marketingowcy traktują nas jako osoby niespełna rozumu – i niestety nasze zachowania zakupowe często to potwierdzają.

    Co do piwa, to te akurat reklamy mi nie przeszkadzają. Są też, zauważcie, kampanie edukacyjne typu nie jeżdżę po alkoholu – a kampanii ostrzegających przed nadużywaniem leków nie ma. Nie szkodzą? Widziałam na oko 90-letnią staruszkę, która w rzeczywistości była nieco po sześćdziesiątce, ale zajadała na tony tabletki z krzyżykiem. Sam mój teść, zamiast iść do ortopedy z bolącym kręgosłupem, łykał panadol za panadolem. Ale o nadużywaniu leków i ich skutkach się nie mówi.

    Mieszkam w Szwajcarii, gdzie, podobnie jak w Niemczech, piwo i wino można kupić i spożywać od 16. roku życia (NB trawkę na własny użytek można mieć, można legalnie kupić w sklepie, czasem na spacerze czuję ten charakterystyczny, kwaśny zapach). Zakazu picia alkoholu na zewnątrz nie ma. W letnie wieczory młodzi przesiadują nad Renem, rozmawiając, słuchając muzyki, grillując, popijając piwko. Przez trzy lata, jak tu jestem, pijanego jeszcze na ulicy nie widziałam.
    Może nie tędy droga z zakazami?

  3. Jagoda napisał(a):

    Ja jestem za całkowitym zakazem reklamowania alkoholu, ale ja też jestem z tych radykalnych. Od 2015r. nie piję alkoholu, bo najpierw była ciąża, potem karmienie, potem znowu ciąża, nadal to samo karmienie, a po porodzie będzie nadal karmienie, tylko pewnie na dwie paszcze 😉 Od tego lata wraz z mężem podjęłam się Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Dla nas brak alkoholu nie jest żadnym problemem, bo i tak nie piliśmy prawie w ogóle (a piwo to już dla nas w ogóle ohyda…), problem pojawia się wtedy, kiedy idzie się do kogoś z jakiejś okazji i zamiast tradycyjnie szklanego kwiatka trzeba kombinować nad czymś bardziej wymyślnym 🙂 Mam jednego alkoholika w rodzinie. Mieszka z moją babcią, której właśnie przez jej syna-współlokatora praktycznie nie znają moje córki. Po prostu boję się tam jechać i już. Moi rodzice lubią różne trunki, ale wg zasady, że z umiarem jest ok, bo wszystko jest dla ludzi. Mój teść z kolei do godziny 10:00 musi być po dwóch piwach, bo ma taki zwyczaj, co strasznie denerwuje moją teściową. Niestety niekiedy właśnie przez ten jego zwyczaj nie można na niego liczyć, jako że jest jedynym kierowcą w ich rodzinie. Była kiedyś taka sytuacja, że trzeba było na gwałt kogoś zawieźć do lekarza czy szpitala i teść nie mógł jechać, bo już przed południem sobie wypił co nieco. Awantura była o to koszmarna… Nasza starsza (sześcioletnia) córka zna słowa „piwo” i „wino”, ale np. nie wie co to znaczy być pijanym. Chyba nigdy nie widziała nas pijących alkohol. Sąsiadka rodziców chwaliła się kiedyś filmikiem, jak to jej trzyletnia wnuczka udawała pijaną podczas Sylwestra po wypiciu tzw. szampana dla dzieci. Dla mnie było to żenujące…

  4. Aga napisał(a):

    Nie śledzę statystyk, ale podobno mniej obecnie kupuje się mocnych alkoholi na rzecz piwa właśnie. Stąd ten wzrost.
    Myślę, że łatwo stracić kontrolę nad alkoholem. Zwłaszcza, że niektórzy są genetycznie bardziej podatne na uzależnienie, a nie mają tej świadomości.
    Reklamom piwa tez jestem przeciwna, stały się tak powszechne, a ich wpływ tak duży, że dla wielu piwo przestale być alkoholem

  5. kolorki napisał(a):

    Hmmm bardzo jestem NIE w temacie, telewizji nie oglądam wcale (i to dokładnie to oznacza – zero), sporadycznie (pół godz. raz na 2 miesiące ;)) pozwalam włączyć dzieciom TVP ABC, a tam raczej piwa nie reklamują, więc reklamę piwa widzę głównie w postaci wielkich parasoli pod którymi sączę Sprite’a np. 😉 i wtedy mi wszystko jedno, co jest na parasolu, byle mnie od nadmiernego słońca ochraniał 😉 Tato mój piwko dobre popija czasami, ale raczej też nie przy wnukach, małżonek mój nie pija wcale. W okolicy pijaczków zbyt wielu nie ma, u znajomych na grillu bywa, ale jakoś w oczy nie kłuje 🙂 Ogólnie więc tematu nie ogarniam, na mnie te reklamy chyba nie działają, ale z rozsądku byłabym przeciw – całkowicie przeciw reklamowaniu jakichkolwiek alkoholi (papierosów też!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*