Żuczek i fidget spinner

Świadomość istnienia fidget spinnerów spłynęła na Mamę Żuczkową w Zesłanie Ducha Świętego, ale nie miała nic wspólnego z wylaniem Ducha. Żuczek wysępił tę zabawkę na odpuście od swojego ojca o indiańskim imieniu Za-Często-Prezenty-Im-Kupujesz-Dwa-Razy-Do-Roku-By-Wystarczyło.

Mama Żuczkowa, jak to ona, nie poświęciła gadżetowi specjalnie dużo uwagi, choć może powinna, bo dziecko nie posiadało się z dumy i radości. W towarzystwie spinnera jadało posiłki, ze spinnerem spało i kręciło nim w drodze do szkoły i na każdej przerwie (oraz zapewne na lekcjach, ale tego Mama Żuczkowa wolała nie wiedzieć. Pod koniec roku szkolnego kadra pedagogiczna, której przypadł w udziale zaszczytny trud nauczania Żuczka, wyraźnie odczuwała deficyt cierpliwości, co owocowało dzienniczkiem puchnącym od informacji rozpoczynających się sentencją: „Informuję, iż Państwa syn…”, a kończących się zwyczajową klauzulą „Bardzo proszę o rozmowę z synem.”).

Kilka dni później niefrasobliwie zgodziła się na oglądanie na Youtubie filmów, w których współcześni adamowie słodowi robili spinnery z przeróżnych materiałów. Żuczek oglądał kolejne filmiki z rosnącą fascynacją, Mama Żuczkowa z pobłażliwością, choć zaskoczyło ją, że w jej mniemaniu moda dopiero się zaczęła, a tu już taki wysyp instruktaży dla fanów DIY. Należy jej wybaczyć, Mama Żuczkowa nigdy nie była na bieżąco z trendami.

Youtube, przekleństwo współczesnych czasów na równi ze smartfonami i inną elektroniką, której używanie – zdaniem Mamy Żuczkowej – powinno być zakazane poniżej 30 roku życia, zasiał ziarno w głowie Żuczka. Najpierw Żuczek próbował wysępić od rodziców zakup łożysk na allegro, ale żadne z nich nie wyraziło chęci sfinalizowania transakcji. Mama Żuczkowa wciąż miała w pamięci zwój miękkiego drutu, który przed feriami nabyła w Castoramie, by nie tłamsić rozwoju żuczkowej myśli technicznej. Ojciec Żuk, miast podzielić zachwyt matki i dziecka nad drucianym kłębkiem nieograniczonych możliwości, oburzył się na marnowanie pieniędzy i podtykanie dziecku gotowca pod nos, gdyż jego zdaniem Żuczek powinien sobie takowy drut sam skombinować, np. wymontować ze starego odkurzacza znalezionego na śmietnisku. Mama Żuczkowa serdecznie zachęciła małżonka do udania się z synkiem na pobliskie śmietnisko i poszukania odkurzacza, z góry zaznaczając, że w dobie segregacji nie będzie to łatwe. Ojciec oczywiście z zachęty nie skorzystał, jeno nadal miotał gromy. Przyjęła je na klatę, a potem sama regularnie dostawała ataków szału, znajdując centymetrowe kawałki drutu leżące na podłodze bądź wbite w dywan w domu, w którym tylko ona chodzi w kapciach, a reszta, łącznie z Żuczątkiem, boso.

Pozostawiony bez nadziei na nowe łożyska Żuczek beztrosko wydłubał je ze swojego spinnera, nie bacząc, iż powinien schować gadżet w bankowej skrytce jako pamiątkę wyjątkowej i trafiającej się raz na kilka lat hojności protoplasty. Trzy wydłubał, czwarte stawiało opór, więc próbował je wypukać nożem kuchennym i urwał całe ramię zabawki.

Ojciec zaproponował sklejenie spinnera, ale Żuczek nie był zainteresowany, co więcej, odłamał wszystkie kolejne ramiona i nosił w kieszeni same łożyska. Gdy ojciec w posępnym i kładącym się cieniem na życiu rodzinnym milczeniu przeżuwał gorycz zbędnego wydatku i braku szacunku dziecka dla owoców jego ciężkiej pracy, Żuczek hodował w umyśle zamiar odlania własnego spinnera z cyny lub ołowiu. Mama Żuczkowa odcięła się od tych planów radykalnie. Ojciec Żuk również, ale przy okazji nie omieszkał przypomnieć synowi, która to już jego pasja od stycznia tego roku (czwarta – na tapecie było lepienie figurek z plasteliny, formowanie figurek z drutu i wyplatanie bransoletek ze sznurków), i co dzieje się z wytworami jego rąk (są wszędzie, bo Żuczek porzuca je niefrasobliwie, jak tylko minie mu twórczy szał, stąd plastelina wdeptuje się w dywan, drut znienacka szarpie odzież i czai się na bosą stópkę maleństwa; tylko sznurkowe bransoletki zostały rozdane i nie wadzą nikomu).

Myśląc mało-wiele Żuczek sprzedał koledze komplet czterech łożysk za 7 zł i nie posiadał się z zachwytu.

– One na allegro chodzą po 1,5 zł jedno! Dobrze na nich zarobiłem!

To, że cały spinner, sfinansowany z kapitału ojca, kosztował 20 zł, w kalkulacji nie zostało uwzględnione. Mama Żuczkowa z mentalnym facepalmem osunęła się w głąb siebie, a Żuczek w radosnych podskokach udał się z kolegami do Żabki.

Zdaje się, że to był pierwszy i ostatni spinner w życiu Żuczka. Ale nie ostatni w życiu Mamy Żuczkowej! Oto zobaczyła na FB dwie interesujące rzeczy.

Pierwsza to zastosowanie spinnera do ewangelizacji. Na jego przykładzie można wytłumaczyć istotę Trójcy Świętej:

Kiedy sprzedała patent koleżance na placu zabaw, dowiedziała się, że to zabawka w istocie szatańska, gdyż delikwent trzymając ją między kciukiem a palcem wskazującym lewej ręki, układa palce w trzy szóstki, number of the Beast. Niezłe, naprawdę niezłe.

Druga to przepis na zrobienie ciastek-spinnerów:

Przez moment, jeden króciutki momencik Mamcie Żuczkowej błysnęła myśl, by upiec robaczkom talerz takich ciastek, ale zgasła szybko. Mama Żuczkowa zalała ją wiadrem zimnej wody, by wyeliminować ryzyko pożaru. Gdyby jednak któraś z Drogich Czytelniczek zdobyła się na ten śmiały krok, proszę o relację.

A dzisiejszego poranka Żuczątko bawiąc się układanką, zawołało:

– Mamo, ułoziłem śpinela!

I zaiste, ułożyło 🙂

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi:

17 comments on “Żuczek i fidget spinner
  1. gosia napisał(a):

    Post jest obledny!osobiscie nie nawidze tych spinnerow!
    I pomyslec,ze za moich czasow byla guma do skakania i picie w woreczku…

  2. Winter napisał(a):

    Trójca Święta wymiata 🙂

  3. Aga napisał(a):

    Przeczytałam tytuł jako:” Żuczek i figlarny sprinter” i w pierwszej chwili trochę się przestraszyłam.

  4. Crazy napisał(a):

    Przprszszszm, muszę.
    HAHA HAHAHAHA :)))
    Uwielbiam Twój styl.

  5. Alex napisał(a):

    Piekny jest spinner ulozony przez Zuczatko. A swoja droga co za zdzierstwo, 20zl, wszedzie ta zabawka kosztuje najwyzej 2,50 euro.

  6. kh napisał(a):

    Mój ulubiony Żuczek 🙂

  7. kaczka napisał(a):

    U nas tez. U nas tez. Pokrecilo sie przez dwa dni, a potem tak sie gdzies schowalo, ze nikt nie wie, gdzie jest. Znaczy nic nowego.

  8. kolorki napisał(a):

    Moje dziewczyny też zapłonęły miłością do dziwacznych gadżetów (młodsza zapłonęła, ale starszej też nabyłam, za kasę dziadków, bo mieli presję nabycia czegoś wnukom, wybulili się na 4 sztuki, bo tyleż wnucząt posiadają), zabawa trwała JEDEN dzień 😉 Obecnie wykorzystuję badziew na lekcjach z uczniami, nauka słówek wskazywanych przez wybrane ramię badziewia idzie wspaniale :))))

  9. Jagoda napisał(a):

    Zjawisko „fidget spinnera” jest dla mnie niepojęte. Nie jestem gadżeciarą, a już w ogóle nie kręcą mnie rzeczy, które nie mają jakiejś konkretnej funkcji. Rozumiem smartfona (długo walczyłam ze sobą, ale teraz doceniam szybki dostęp do internetu), tablet to dla mnie czarna magia mimo kilku lat posiadania. Ale co do spinnera… Ostatnio byliśmy u znajomych i bardzo się ubawiliśmy wzajemnymi reakcjami naszych dzieci i nas samych na ich pasje i fascynacje. Oni – rodzice dwóch chłopaków, my – rodzice dwóch (za chwilę trzech) córek. Kiedy ich syn pokazał nam swojego spinnera, nasza starsza córka wzięła go do ręki z obrzydzeniem, jakby oglądała okaz wyjątkowo wstrętnego robala. Zaszczyciła go jednym spojrzeniem i odłożyła. Za to ich reakcja na nasz zachwyt „Krainą lodu” brzmiała: „Kraina czego? A co to jest?!” 🙂 Na szczęście nie ma u nas samego różu i lukru, bo starsza córka lubi też „Star wars” 🙂 Pozdrawiam rodzinę Żuczków 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*