„Jaś Pierwszoklasista ratuje Połykacza Liter” – do wzięcia :-)

Moja najnowsza książeczka dla absolwentów przedszkola i dzieci z klas I-III ukazała się tej wiosny. Spotkacie w niej znanych z pierwszej części Jasia i jego kolegów, a także Połykacza Liter, tajemnicze stworzenie, które mieszka w szkole.

„Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter” miał za zadanie opowiedzieć przedszkolakowi, co go czeka w szkole, kogo tam spotka, czego może się spodziewać. „Jaś Pierwszoklasista ratuje Połykacza Liter” dotyczy bezpieczeństwa – co robić, by szkoła była bezpiecznym miejscem dla każdego ucznia? Starałam się odpowiedzieć na to pytanie w formie interesującej historyjki, tak jak w przypadku pierwszej części. Obie można kupić bezpośrednio u wydawcy.

Dziś mam dla Was dwa zestawy „Jasiów”. Obie części z dedykacją na życzenie otrzymają dwie osoby, które w komentarzu do tej notki opowiedzą historyjkę z czasów swojej pierwszej klasy. Jak zawsze, wybiorę opowieści, które mnie najbardziej urzekną. Sama ze szkolnego debiutu najlepiej pamiętam… granatowy enerdowski sweterek, który miałam na sobie podczas apelu rozpoczynającego rok szkolny. Mam nadzieję, że Wasze memuary są bardziej ekscytujące 🙂

Macie czas do 23.59 w niedzielę 11 czerwca. Powodzenia!

Napisano w Czytam dzieciom (i sobie też)

Tagi: , , , , ,

5 comments on “„Jaś Pierwszoklasista ratuje Połykacza Liter” – do wzięcia :-)
  1. cypisek napisał(a):

    Co pamiętam z pierwszej klasy. Po pierwsze, że najpierw to mnie do niej nie wpuścili! Takie tłumy nas były, dzieci wyżu, zawsze dla nas brakuje miejsc, w przedszkolach, szkole, szkol średniej, na studiach się tłoczyliśmy i na rynku pracy. Staliśmy więc przed wejściem do szkoły, stłoczeni niesamowicie, z rodzicami, czyli było nas ok. 2 x więcej:). Szkoła wielka, kamienna, my tacy malutcy. A z wejście jakaś pani, być może dyrektor, ale wątpię, wyczytywała z listy nazwiska. Gdy zebrała się cała klasa, to wchodzili, coś załatwiali i szli. Nie wiem, co załatwialiśmy, być może tylko obejrzeliśmy wychowawczynię, ja tam nic więcej nie pamiętam:). Potem jeszcze pamiętam wielki ołówek, którym nas pasowano, a my składaliśmy jakąś wielce ważną przysięgę.
    Dziś do tej samej szkoły chodzą moje dzieci, Trzecie pójdzie we wrześniu,to dla niego chciałabym Twoje książeczki. Jakże zmienił się świat – w marcu poprzedzającym dzień otwarty, wiele atrakcji, starsi uczniowie robią występy, eksperymenty, pokazy (wiem o tym wręcz doskonale, bo moje Starszaki się udzielają wszędzie…). 1 września kolorowe dekoracji, wesołe piosenki, przez pierwsze dwa tygodnie najstarsze klasy biorą pierwszaki pod opiekę i prowadzą, gdzie potrzeba…
    Ale nie chcę, żeby było bardzo pesymistycznie – po pierwszych groźnych dniach i moje życie szkolne było pogodne i fajne(tak, też pamiętam, jak tego słowa w wypracowaniach nie wolno było użyć). Mieliśmy kochaną wychowawczynię, mieszkaliśmy prawie wszyscy w blokach koło szkoły i była nam do siebie blisko. Dobrze przypomnieć sobie tamtą Pierwszoklasistkę z kucykami, w granatowym fartuszku, z palcami pomazanymi atramentem – to się nie zmienia, moje dzieci mażą się tak samo:).

  2. Jagoda napisał(a):

    Moja opowieść będzie dość paradoksalna, bo moje najmocniejsze wspomnienie z I klasy to… dzień zakończenia roku szkolnego 🙂 Następnego dnia wyjeżdżałam z rodzicami na pierwszy zagraniczny wyjazd – do Włoch. To było dopiero przeżycie! Szybki powrót ze szkoły do domu (jakieś 100m do przejścia, przez dziurę w płocie jeszcze bliżej) i wielkie pakowanie. Pamiętam z tego dnia ubranie, które miałam na sobie. Uroczy komplecik w marynarskim stylu – białe getry do kolan i tunika z wielkim kołnierzem w granatowo-białe pasy. Nie lubiłam go, ale mama lubi ten styl do dziś, więc nie było wyjścia 😉 A następnego dnia podróż starym, zepsutym (jak się okazało później, gdzieś w Austrii) Jelczem, która trwała ponad 20 godzin… Nie wiem ile te wakacje kosztowały rodziców, ale na tamte czasy to była podróż życia. 1994 rok 🙂

  3. paula napisał(a):

    Pierwsza klasa, pamiętam jak dziś. Klasa IB, sala nr 25, lekcja przyro… nie, to było jeszcze „Środowisko”. Sala nr 25 ulokowana była za zakrętem długiego korytarza, którym zmierzały do nas panie nauczycielki. Jako nieopierzone młokosy, wyskakiwaliśmy z tej sali patrząc, czy nauczycielka nadchodzi. A gdy już nadeszła, stwierdziła, że wszyscy, których widziała na korytarzu dostaną JEDYNKI (!) ze środowiska. Wyobraź sobie rozpacz siedmiolatków, którym właśnie wpisano pierwszą jedynkę do zeszytu – i to jeszcze z obowiązkiem podpisania jej przez rodzica.
    Byłam zrozpaczona, więc postanowiłam dać upust zdolnościom kaligraficznym i podrobić podpis mamy. Nadal, jako ledwopiszący siedmolatek… Sprawa się rypła, awantura zaliczona, wstyd i płacz. I nawet nauczki nie było, bo w liceum podrabiałam podpisy już naaaacznie lepiej 🙂

  4. Paulina napisał(a):

    Pierwsza klasa to był wstęp do dorosłości. Przynajmniej dla mnie, bo gdy zaczęłam chodzić do szkoły to zaczęłam też dostawać kieszonkowe. Całe 20 zł 🙂 W połowie lat 80-tych był to sensowny dla dziecka pieniądz, można było kupić w sklepiku drożdżówkę albo soczek. Poniedziałek był wspaniałym dniem zakupów, weekend był tylko czekaniem na poniedziałek. Nie żebym była materialistką, ale samodzielne kupowanie było wspaniałe. Niestety zabawa się skończyła, gdy zagubiłam piękne białe tenisówki czeszki, które służyły mi jako szkolne pantofle. Zagapiłam się, zostawiłam na ławce koło szatni i zniknęły. Kieszonkowe mi odebrano do odwołania, nawet gdy po 2 tygodniach odnalazły się tenisówki, to kasa już nie wróciła. Dopiero w drugiej klasie, ale to już nie było tak ekscytujące. I pamiętam jeszcze szok i niedowierzanie, gdy zorientowałam się, że moja wychowawczyni jest człowiekiem takim jak wszyscy. Długo nie mogłam uwierzyć, że mieszka dwa bloki od nas, że ma rodzinę i robi zakupy w tym samym sklepie (nawet w kolejce po kawę stała!). Wydawała mi się tak wspaniała i cudowna, że wręcz nieludzka 🙂 Jak chodzi o naukę to mam tylko przebłyski w pamięci niestety 🙁

  5. kolorki napisał(a):

    Wspomnienia z pierwszej klasy rwą mi się i do końca nie wiem, czy są wspomnieniami, czy później wdrukowanymi obrazkami:) Miałam taki okropny tornister: granatowy z muchomorem :))) Wiem, bo z dumą prezentuję go na zdjęciach 😀 Teraz wydaje mi się koszmarny;) i miałam kilka mundurków uszytych przez Babcię-Która-Wszystko-Potrafi 🙂 Moja babcia była księgową, jak miała 19 lat to wysłali ją (przez dziadka) na Sybir… była w 9 m-cu ciąży. Tam nauczyła się WSZYSTKIEGO. Szyła, piekła wspaniałe torty, potrafiła zrobić buty(!!!) i drewniany domek z mebelkami dla lalek:) Szyła mi przez całe dzieciństwo sukienki (bo w sklepach nie było), uszyła i te fartuszki – były znacznie ładniejsze niż kupne, ale i tak ich nie lubiłam – było w nich potwornie gorąco (za to łatwo się prały i natychmiast były suche:PP). Pierwszego września nie trafiłam do szkoły, bo byłam chora. Poszłam kilka dni później i rok starsza koleżanka oprowadziła mnie po budynku. Była to mała szkółka próbująca ogarnąć dzieci z nowo budowanego osiedla – słabo jej to szło, klasy liczyły sobie…38 uczniów (!!!) i chodziliśmy na 3 zmiany 🙁 Nowa, osiedlowa powstała jak miałam iść do piątej klasy… Ale miałam ukochaną Panią i całą bandę wspaniałych koleżanek, to były czasy!!!!!!!!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*