Mam na imię Dorota i nie kupuję dzieciom słodyczy

Powiedziałam to. Co za ulga. Taka ze mnie matka. Rodzina o tym wie, szczerze ubolewa nad moim dziwactwem i robi wszystko, aby moim biednym dzieciom osłodzić gorzkie dzieciństwo.

fot. 9355, pixabay.com

Są dzieci, które nie rzucają się na słodycze, ale są i takie, które odżywiałyby się wyłącznie wafelkami, batonikami i żelkami. Przy tych pierwszych słodycze mogą walać się na widoku, przed tymi drugimi trzeba je chować w pancernym sejfie o zmienianej często lokalizacji. Mam w domu reprezentantów obydwu opcji, permanentną ochotę na coś słodkiego, a na dodatek kandydozę we własnym przewodzie pokarmowym. Stąd kupowanie słodyczy ograniczyłam do minimum: w domu jest tylko gorzka czekolada. No, chyba że odwiedzimy babcię albo ciocię…

Kiedy Piotruś był jeszcze malutki, po świętach wracaliśmy do domu z kilogramowym zapasem czekolady. Kiedy urodził się Michaś, waga poświątecznych zdobyczy wzrosła do dwóch kilogramów. Trzeba było się poświęcać i chronić dzieci przed cukrem, ech. I tak trwało to latami.

Po wizycie u Cioci Męża przywieźliśmy trzy czekolady o wadze 300 g każda. Byłam już świadoma zarówno mojej kandydozy jak i coraz powszechniejszego w społeczeństwie uzależnienia od cukru, z którym walczę tak u siebie jak i u dzieci. Nie kupuję bombonierek, chociaż uwielbiam nadziewane czekoladki. Wieczorem, kiedy dzieci już śpią, a mnie najdzie przemożna ochota na coś słodkiego, to rozgryzam kostkę czekolady, przepijam brandy i udaję, że właśnie zjadłam wedlowską baryłkę (patent opracował Mąż).

Podczas ostatnich odwiedzin u moich kochanych Ciotek odbyła się kolejna akcja osładzania życia moich biednych dzieci. Najpierw Ciocia Dziunia zaproponowała gofry-Grześki.

– W ogóle nie są słodkie, w ogóle – zachęcała.

Przewracałam tylko oczami (duszy), bo już widzę niesłodkie Grześki, ha, ha ha. Moje podejrzenia okazały się oczywiście słuszne, nakarmione cukrem dzieci wkopały Ciocię koncertowo:

– Ciociu, ale te wafelki są słodkie! Bardzo słodkie! Zresztą tu jest napisane: waniliowe z kremem czekoladowym i orzeszkami laskowymi. To jak mogłyby być niesłodkie?

– O, to nie wiem, nie próbowałam – mruknęła Ciocia Dziunia i z lekkim rumieńcem zawinęła się do kuchni pod pozorem dorobienia herbatki.

Tuż przed wyjściem Ciocia Lusia wcisnęła Piotrusiowi do ręki woreczek z truflami i jajeczkami czekoladowymi, czekającymi na moje robaczki od Wielkanocy, scenicznym szeptem nakazując:

– Ciiii, tylko się mamie nie przyznawaj, pamiętaj!…

Udałam ślepą i głuchą, wznosząc oczy (duszy, żeby nikt się nie połapał) do nieba.

A teraz poważnie. Wiem, że słodycze to najłatwiej dostępny i najtańszy upominek dla dziecka. Nie mogę więc twardo zapowiedzieć starszym osobom w rodzinie, że sobie nie życzę, bo ich potrzeba obdarowywania dzieci jest tak silna, że być może poczują się zobligowane do kupowania droższych rzeczy. Dobrą alternatywą są owoce, ale się psują. Wafelek czy batonik może poczekać w szafce nawet miesiąc. Ciocie nie mają sklepu na tyle blisko, żeby wyskoczyć po banany, kiedy akurat przyjedziemy. Biorę to wszystko pod uwagę.

Z drugiej strony przeraża mnie ilość cukru we wszystkim, co jemy. Na pewno wiecie, że nawet „zwykłe” płatki kukurydziane, popularnie corn flakes, mają w składzie cukier (oraz glukozę, cukier brązowy, syrop cukru inwertowanego oraz melasę cukru trzcinowego – nie zmyślam, spisałam to z opakowania), cukier jest w wędlinach, jogurtach i wielu innych produktach. Nie jest tak, że moje dzieci nie jedzą w ogóle nic a nic słodkiego. Jadają naleśniki z dżemem, pieczemy ciasta i ciasteczka, wszyscy uwielbiamy kremówki z naszej osiedlowej cukierni, raz na miesiąc pozwalam kupić paczkę słodkich płatków do mleka, a teraz zaczął się sezon na lody. Daję dyspensę na wycieczki szkolne, tzn. daję kieszonkowe i proszę (nadaremno), by nie wydawać na słodycze. I tak potem wyjmuję z kieszeni opakowanie po żelkach czy innych paściach. Tłumaczę, że cukier szkodzi i liczę, że może kiedyś dotrze. W domu zawsze jest zapas suszonych owoców i orzeszków (laskowe, włoskie, migdały, ziemne niesolone), a także świeżych owoców. Robię krem czekoladowy z daktyli według przepisu Moe. Do własnych wypieków staram się używać ksylitolu, ale to kropla w morzu (czy raczej ziarenko w kilogramie). Ten jeden batonik, jeden niesłodki (he, he) wafelek jest dla mnie uosobieniem gwoździa do trumny.

O tym, że cukier uzależnia bardziej od kokainy, jest głośno do dłuższego czasu. Lista chorób i dolegliwości wywołanych nadmiernym spożyciem cukru jest długa: nie tylko tak oczywiste jak nadwaga, otyłość, próchnica i cukrzyca, ale także stany depresyjne, zmęczenie, stres, choroby serca, nadciśnienie, nadpobudliwość, problemy z koncentracją, zaburzenia apetytu, zaburzenia trawienia…

Nie kupuję słodyczy ani swoim, ani cudzym dzieciom. Sobie też nie kupuję („Ale dlaczego? Lekarz ci zabronił? Nie zabronił? No to wiesz co?…” zdziwiła się niepomiernie moja Mama). A moje biedne dzieci już nawet o tym śnią. Wojtuś ostatniej nocy łkał przez sen: „Tato, bo mama nie chce joźpakować mi wafejka!”

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , , ,

17 comments on “Mam na imię Dorota i nie kupuję dzieciom słodyczy
  1. Agnieszka z Peru napisał(a):

    My z mezem wyszlismy z zalozenia, ze nie chcemy, zeby nasz syn jadl slodycze, ba, zeby wogóle nie poznal ich smaku w najwczesniejszym dziecinstwie. Obserwowalismy, jak sie zachowywal nasz bratanek, gdy mial dwa lata. Histeria, wycie, bo on chce cukierka. My sobie zdajemy sprawe, ze cukier nie jest dobry dla rozwijajacego sie mózgu i nie chcemy takich histerii. Jako przekaski sa owoce, jogurt naturalny bez cukru (syn uwielbia, tak jak i ja), ciasta domowej roboty bez cukru (czesto „slodze” bananem), ewentualnie ciastko razowe ze sklepu albo platki takie jak corn flaksy, tylko bez cukru i soli. Niestety Ian nie lubi orzechów 🙁 Syn pije tylko wode (wielbi pasjami), herbatki ziolowe i owocowe bez cukru i soki domowej roboty (teraz papaja rzadzi). Na szczescie w zlobko przedszkolu do którego chodzi, jest zasada: w zlobku, czy przedszkolu nie dajemy dzieciom cukierków, czekolady, ani innych slodkosci. Dzieci codziennie maja na drugie sniadanie owoce, soki domowe z owoców bez cukru, i np. jajka przepiórcze gotowane, ser bialy, bataty pieczone, czy salatke z makaronu, kurczaka i warzyw. I wszyscy jedza to samo. Wyjatek jest jak jest jakas uroczystosc czy urodziny, wtedy przewaznie sa galaretki, których nie lubie, bo to masa cukru, ale jedza male porcje, i tylko pare razy w roku. To w zlobku nauczyl sie jesc te galaretki, a, ze juz je rozpoznaje i wszyscy jedza, to mu nie zabronie, zeby nie czul sie gorszy. W domu na codzien takich rzeczy nie ma. Ale tez musze powiedziec, ze trafil nam sie bezproblemowy egzemplarz, który od poczatku jadl ze smakiem to, co mu ugotowalam, duzo warzyw, owoców, kasz (nigdy nawet nie spróbowal kaszek dla dzieci), produktów pelnoziarnistych, chudych twarogów. I do tej pory nie umie pluc, a ma juz dwa lata… I jak go teraz nauczyc pluc paste do zebów, zjada ja a pózniej pluje udajac, czyli tylko „dzwieczy”, ale slina nie pluje. Nasza zasluga, to ta, ze wiekszosci niezdrowych produktów po prostu nie zna, nie ciagnie go, i zaczynal rozszerzanie diety od warzyw, reszta to po prostu jego charakter i nasze szczescie.
    Ale jestesmy postrzegani jaco dziwacy, co dziecku zabraniamy slodkiego dziecinstwa. Na szczescie mamy wsparcie w moich tesciach, którzy sa bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy, i w moim szwagrze, który jest za zdrowym zywieniem, i sam je bardzo zdrowo. Reszta zostanie milczeniem.

    Pozdrawiam! Tak wogóle to czytam bloga od samego poczatku, najpierw z Polski, pózniej z Hiszpanii, a teraz z Peru (dlatego tez brak polskich znaków).

  2. Paula napisał(a):

    Ja dostaje furii na widok jajka niespodzianki. Czekolada najgorsza z możliwych, badziew w środku i kosmiczna cena… brrrr

  3. kwiatkowska napisał(a):

    Moje dziecko trzyma słodycze, które dostaje w szafce w swoim pokoju. Zjada je w takim tempie, że zwykle te z Bożego Narodzenia doczekują Wielkanocy, a te z urodzin w maju – Bożego Narodzenia. Nie zabieram, nie chowam, sam pyta, czy może wziąć. Nie kupuje niczego słodkiego na wycieczkach (co najwyżej obwarzanka), nie sępi po kolegach, nie rzuca się na słodycze w towarzystwie. Jak ktoś częstuje cukierkami, weźmie jednego. Wychodzę z założenia, że co nie jest zakazane przestaje być kuszące, ale wiem, że nie na wszystkie dzieci to działa.

  4. sabka napisał(a):

    Ja nie kupuję dzieciom NIC słodkiego bo w „normalnym” jedzeniu jest wystarczająco dużo cukru 🙂 Jeśli mają ochotę na coś słodkiego – łyżeczka miodu załatwia sprawę. W kuchni używam ksylitolu. Rodzinka w 80% jest głucha na moją blokadę, tak więc moje dzieci nie są dzikusami i oczywiście znają smak chemicznej czekolady 🙂

  5. Krusz napisał(a):

    Swoją drogą niesamowite jest to, jak wiele osób zadaje sobie tyle trudu, żeby przekonać, że ich racja jest najichsza.
    Znajomi kiedyś organizowali wesele. Bezalkoholowe. Bo tak. Grzech straszliwy? Gwałt na odwiecznej polskiej tradycji? Inteligentny człowiek z dystansem do siebie będzie się dobrze bawił i przy lemoniadzie. Co oni się nasłuchali, ile prób nawrócenia na jedynie słuszną opcję przeżyli. Bo jak to możliwe.
    Inni ludzie wraz z całą klasą (heloł!) zadecydowali, że na komunię ich dzieci dostaną prezenty religijne. Biblia, medalik, książka. Hospody pomyłuj! Wariaci! Odmieńcy!
    Serdecznie pozdrawiam dobrych, prawych, sprawiedliwych Polaków, którzy tak świetnie wiedzą, co jest słuszne, i nie zawahają się wskazać tego innym. W każdej dziedzinie życia. Sama doświadczyłam.

    • Winter napisał(a):

      Oj znam. I takich, którym pół rodziny nie przyszło na wesele po tym, jak usłyszeli, że bezalkoholowe. W sumie i dobrze. Znajomych przyszło za to mnóstwo i zabawa była przednia. Z własnego podwórka zaś, gdy prosiliśmy o stricte religijne prezenty „na komunię”, skończyło się na tym, że goście kasę przynosili. Jeszcze większa katastrofa..

  6. Winter napisał(a):

    Ech. Jak zwykle sama prawda. Też się staram unikać, ale uległam znacznie presji społecznej. Niestety.

  7. Ola napisał(a):

    Moi Dziadkowie uwielbiają słodkie rzeczy, Babcia ma cukrzycę(bierze insulinę), a je słodkiego więcej niż ja… Mają 88 lat i nieźle się trzymają, cukier im do głowy nie uderzył 🙂 Szanuję decyzję innych i jeśli proszą to słodyczy nie daję, sama jednak je uwielbiam i nie wyobrażam sobie by nie dać ich swojemu dziecku. Byle wszystko z umiarem. Do szkoły dostawałam zawsze kostkę/dwie czekolady czy mały batonik, w sklepie mogłam wybrać jedną słodką rzecz podczas zakupów i do dziś jak kupuję słodycze to odkładam jedne, a biorę do koszyka drugie. Jakoś mi we krwi to zostało 🙂

  8. mamaAsi napisał(a):

    Jakby mnie ktoś wręczył ciasteczka, pieczone czy kupione, obojętne, tudzież ciasto, tort czy inne kremówki to bym się chyba popłakała, nie cierpię i na sam widok mam dreszcze. Wyjątek stanowi piernik. Moje dziecko odziedziczyło po mnie manię i tylko nie mogę patrzeć, jak wszystko co żywe dziwi się, że święta mamy bez grama innego ciasta niż ewentualnie piernik. Za to czekolady możemy zjeść wagon i też cierpię, bo jak moje dziecko dostaje bakaliowe, nadziewane, to muszę odkupić, bo jadamy tylko mleczną, bez dodatków. Oraz muszę coś zrobić z nadziewańcami.
    Ja niestety jestem pokolenie średni Gierek i jak panował Jaruzelski, to musiałam się zadowalać wyrobem czekoladopodobnym, na kartki i serwowanym „od święta”, prawie jak kubańskimi pomarańczami. Moi rodzice, którzy mają za sobą wojenną młodość i dobrobyt lat gomułkowskich, też nie są wrogami czekolady. Od ponad pięćdziesięciu lat są razem, jedzą te same produkty. Ojciec ma lekką, insulinoniezależną cukrzycę, mama ma wiele chorób, ale akurat cukier ma jak młoda dzieweczka. Skłonności genetyczne i tyle. Nie dam się zwariować. Prościej wywalić z diety ziemniaki, buraki, gotowaną marchew, biały ser, chleb inny niż pszenny, bo po tych produktach sprawdziłam osobiście glukometrem wyrzuty insuliny.
    Co mają naleśniki wspólnego z cukrem? Moje dziecko jada głównie naleśniki, bez niczego, do ciasta dodajecie, czy jak?

  9. Jagodowa napisał(a):

    A ja z cukrem mam taką historię. Nigdy nie byłam fanką słodyczy. Jako dziecko byłam dumą mojej mamy, ponieważ nigdy nie wołałam o słodkie a kartki na czekoladę mama wymieniała na kartki mięsne. Aż tu nagle kilka lat temu wyszło z badań, że mam jakąś odmianę cukrzycy, na szczęście kontrolowaną i do leczenia. Ale jak tylko usłyszałam od lekarki: Proszę ograniczyć słodkie!, to mi się taka miłość do słodkiego włączyła, że po wyleczeniu, nadrabiałam z nawiązką za lata bez słodyczy. Moja córka jest normalna, czyli zje zawsze, kiedy może. Mamy zwyczaj, że po obiedzie może żelka albo kostkę czekolady. Jakoś wydaje mi, że to w miarę rozsądne, bo mała zostawiana w gościach sama trzyma się tej zasady i nie napycha się nadmiernie.

  10. Monia napisał(a):

    Jej… Sama dzieci nie mam, ale wiecie co? Jestem dumna z każdej Mamy i z każdego Taty, i nawet z każdej Babci (tak, są takie), które tak dzielnie walczą z zacukrzonymi dziećmi! Jest nadzieja w narodzie, Kochani! Kolejne pokolenie będzie miało o wiele, wiele łatwiej dzięki Waszej determinacji dzisiaj 🙂

  11. kolorki napisał(a):

    Dziwne macie rodziny i znajomych 🙂 Ja bardzo głośno oświadczyłam, że słodyczy w prezentach nie przyjmujemy i wszyscy się do tego stosują 🙂 Np. na Wielkanoc były tylko orzechy 🙂 zero zajączków, jajeczek itp. Nie znaczy to, że biedne dzieciątka nie jadają, ależ oczywiście, sama lubię i bardzo chciałabym wiedzieć, jak to zrobić, żeby przestać 😉 więc kupuję, ale to ja wybieram jakie i ile 🙂 A dziecku można nabyć: naklejki, kolorowankę i oczywiście owoce, koszt podobny, a siary nie ma (bo ja jestem drastyczna i jak ktoś (obcy wyłącznie – swoi wytresowani) coś słodkiego przynosi, to rekwiruję ;P)a najlepiej jak nic nie przynoszą w prezencie (no chyba, że to urodziny, wtedy prezent wskazany).

  12. Jagoda napisał(a):

    Ja też łączę się w bólu… Dokładnie to samo mamy w rodzinie, chociaż ci, którzy teoretycznie mogliby tego mojego hopla nie zrozumieć, czyli moi dziadkowie, jakoś zrozumieli i pamiętają, że wolimy owoce i drobne upominki, jak na przykład książeczki. Moja teściowa jest niestety tym najsłabszym ogniwem, które nie przeżyje, jeśli dziecko dziennie nie zje czegoś słodkiego. W ogóle nie jest w stanie zrozumieć, że jak do niej wpadamy to nie po to, żeby się (przepraszam) nażreć. My mamy w domu chrupki kukurydziane dla maluchów (zwracam uwagę, żeby były bez soli i oleju), bardzo rzadko starsza córka dostaje na kolację mleko z płatkami „z miodem” (ha ha ha…), ale żadnych czekoladek, wafelków, batoników. Pieczemy ciastka same i obie to lubimy. Czasem moi rodzice kupią jajko-niespodziankę, ale czekoladę zazwyczaj zjadam ja 🙂 Ostatnio odwiedzili nas ludzie, którzy byli u nas w komplecie pierwszy raz (mężowie znają się z pracy). Mąż przez telefon zastrzegał, że nie chcemy dla dzieci słodyczy. Ich syn wszedł, wręczył starszej córce czekoladki i jajko-niespodziankę (no ok, jakoś to przełknęłam), po czym podszedł do młodszej córki i wręczył jej to samo. Ja przejęłam podarunek zanim mała się zorientowała co jest grane, a oni zdziwieni… więc tłumaczę, że mała nie je takich rzeczy, bo jest za mała (o tym, że starsza też raczej nie je już nie wspomniałam). A Żona patrzy pytająco na Męża i na mnie i pyta: „No ale ile ma już miesięcy?”. Odpowiadam, że piętnaście. A ona do męża: „No to dobrze zapamiętałeś” 🙂 No… skoro ma JUŻ piętnaście miesięcy to może 😉 Podobnie moi wujkowie, wydaje im się, że jak coś jest dla dzieci, to jest zdrowe, nawet jeśli jest czekoladą naszpikowaną chemią… Całe szczęście, że moje dziewczyny trzęsą się kiedy przygotowuję owoce 🙂 Pozdrawiam!

    PS
    Przypomniało mi się… Ze dwa miesiące temu zostawiłam córki u teściów. Nie było mnie godzinę. Kiedy wróciłam, teściowa z dumą oświadczyła, że Zuzia (starsza) zjadła… (uwaga): bogracz, bułkę, dwa jabłka, ciastka i popiła sokiem. W ciągu godziny. Świeżo po przedszkolnej zupie. Dziecko leżało, trzymało się za brzuch i było zielone na twarzy. Babcia dostała ochrzan i nie była w stanie zrozumieć, że nie można w ten sposób postępować. No bo przecież jak szykowałam to jadła… Tłumaczyłam, że jadła, bo ogólnie to jest wszystko smaczne i to lubi, ale nie w ciągu godziny, a że jest dzieckiem to nie przewidzi konsekwencji, czyli bólu brzucha. Tragedia 🙁 A najlepsze jest to, że babcia najpierw daje słodycze, a potem proponuje owoce i jest zdziwiona, że dziecko wybiera to pierwsze. Brak perspektyw na zmianę :/

  13. Ange76 napisał(a):

    My mamy słodki weekend, ale ze ja nie piekę, nie smażę naleśników, to słodycze, które dostają dzieci kamufluję na takie właśnie weekendy i wydzielam. Też jestem uważana za dziwaczkę, tez dzieci mi wyrzucają to ograniczenie, ale trudno. One nie potrafią zjeść porządnie zwykłego posiłku, więc nie chcę, by się dodatkowo zamulały słodyczami.

  14. chudsza napisał(a):

    Tłuczenie do głowy nawet tym niekoniecznie starszym i tym, którzy każdy sklep mają w zasięgu pieszej nieodległej wędrówki, w mojej rodzinie, a także męża, nie daje niczego. Tłumaczę, że małe książeczki dla Malucha albo owoce dla starszaków, albo najlepiej nic, bo naprawdę nie muszą, a wizyta zawsze kończy się podobnymi ilościami czekolady, jajek i bardzo skondensowanych galaretek.
    Łączę się w bólu.
    Serio.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*