Historia jednego rodzynka

Pewnego dnia Wojtuś wsadził sobie rodzynka do nosa. Akurat siedziałam w kinowym fotelu obok Michasia, z którym spędzałam dzień w ramach indywidualnego dopieszczania syneczka. Z Wojtusiem była Niania, która zadzwoniła do mnie zmartwiona, że próbowała wyjąć pęsetą, ale się nie dało, więc idzie do pediatry.

fot. pixabay.com

fot. pixabay.com

Leciutko zakłuło mnie w skroniach, ale sytuacja nie wyglądała na taką z pogranicza życia i śmierci, więc postanowiłam nie zmieniać planów. Dwugodzinny seans (+ reklamy) „Łotra 1”, który można streścić do: strzelali, strzelali i strzelali, a wszystko wokoło wybuchało, sprawił, że leciutkie kłucie przeistoczyło się w łupanie młotem udarowym. Po filmie, oczekując na dostawę wytwornego dania obiadowego*, ponownie skontaktowałam się z Nianią, która miała w garści skierowanie do laryngologa, a w głosie lekką panikę, bo pediatra kazała jechać niezwłocznie, gdyż rodzynek w każdej chwili może wpaść do krtani i udławić dziecko. Niania dodzwoniła się do laryngologa, ale pani doktor odmówiła przyjęcia. A takiego, pomyślałam, mam skierowanie, mam dziecko z rodzynkiem w nosie, musi nas przyjąć. Starsze dziecko dokończyło wyrafinowany posiłek**, podrzuciłam je do kolegi, w przelocie złapałam Wojtkową książeczkę zdrowia, spakowałam dwie książki i gadającego laptopa, celem zapewnienia młodzieńcowi zajęcia w poczekalni, i udaliśmy się w towarzystwie Niani do laryngologa.

Pani z recepcji na Szwedzkiej kazała spytać panią doktor, czy przyjmie. Rozebrałyśmy Wojtusia, usadziłyśmy go z książką i poszłam załatwiać przyjęcie. Wcisnęłam się do gabinetu przed pacjentem z kolejki, który nie patrzył życzliwie, choć grzecznie poprosiłam o wpuszczenie mnie. Pani doktor, której wyłuszczyłam, z czym przybywamy, od razu oświadczyła, że nie, nie, nie, tylko szpital, bo ona nie ma narzędzi, żeby wyjąć.

– Pani doktor – rzekłam, sadowiąc się obok biurka z miną „wyniesiecie mnie stąd razem z krzesłem” – proszę chociaż sprawdzić, czy ta rodzynka nadal tam jest, przecież pierwszą rzeczą, o którą mnie zapytają w szpitalu, to dlaczego nie poszłam do laryngologa, skoro mam skierowanie.
– Pediatra się nie zna! Ja nie mam narzędzi! – histerycznie wykrzyknęła lekarka.
– Ale proszę tylko, żeby pani doktor sprawdziła, czy jest co wyjmować.
– Dobrze, ale przyjmę was na końcu, mam tu pacjentów! – trzasnęła o biurko plikiem kart.
– Oczywiście, poczekamy, dziękuję.

I poszłam do rejestracji załatwiać formalności. Jeszcze nie skończyłam podawać peselu, jak wezwano nas do gabinetu. Z Wojtkiem weszła Niania, ja dostałam pląsawicy przy kontuarze, bo chciałam lecieć do dziecka, a rejestratorka:

– Muszę kartę wypisać, żeby pani doktor miała gdzie wpisać!!

Zostawiłam kartę w trakcie wypisywania, poleciałam do gabinetu, drzwi były uchylone.

– Czekać! Pani doktor bada! – zatrzymała mnie własnym ciałem pielęgniarka. A miała czym zatrzymać.
– Ale to moje dziecko bada! – odparłam hardo i zdążyłam na moment, w którym badanie się zakończyło. Badanie! Wyobrażałam sobie, że lekarka użyje endoskopu, a ona poświeciła latarką i powiedziała, że chyba jest i żeby jechać do szpitala.

Wojtuś serdecznie pożegnał się ze wszystkimi oczekującymi w kolejce, którzy życzyli mu powodzenia i apelowali, żeby niczego więcej do nosa nie wkładał. Nie wiem, kiedy zdążyli się tak zaprzyjaźnić, ale pożegnali go niczym odlatującego do Rzymu papieża.

– Do którego szpitala jedziemy? – zapytałam Nianię.

Żadna z nas nie wiedziała, lekarki też nie zapytałyśmy, ale z przychodni przy Szwedzkiej jest blisko do szpitala dziecięcego na Strzeleckiej, więc pojechałyśmy tam. W poczekalni nie było nikogo, a kiedy weszliśmy do Izby Prezyjęć całą naszą wesołą gromadką, pielęgniarka właśnie rozmawiała przez telefon:

– …. i nie przysyłajcie dzieci do nas, Sanepid zamknął nam cały oddział, 16 łóżek, bo się rota wirus posiał…

Uciekłabym w te pędy, gdyby nie to, że nogi się pode mną ugięły (ale żeby nie trzymać PT Czytelników w niepewności od razu napiszę, że na rota ze Strzeleckiej załapała się Niania).

– My tu nie mamy laryngologa – rozłożyła ręce pielęgniarka – ale poczekajcie.

Po bardzo krótkiej chwilce z oddziału zeszły dwie młodziutkie lekarki (tu dygresja: ilekroć widzę takich młodych przedstawicieli służby zdrowia, od razu przypomina mi się moja Teściowa, która po wizycie na porodówce u najmłodszej córki nie mogła się nadziwić, że teraz lekarze tacy młodzi są, kiedy ona rodziła, to byli jednak starsi). Osłuchały, opukały Wojtusia, poświeciły mu w nos i dały skierowanie do szpitala.

– Gdzie konkretnie mamy jechać? – tym razem pamiętałam, żeby zapytać.
– Do Żeromskiego.

Pojechałyśmy. W drodze przeżyłam zaćmienie umysłowe, bo przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jest ten szpital. Znałam główny kierunek, za Placem Centralnym prosto i dalej… ciemno. Może dlatego, że było już ok. 18.00. Ostatni raz byłam w szpitalu Żeromskiego na zdjęciu szwów po Piotrusiu?… A nie, na KTG z Michasiem w brzuchu! Dziesięć lat, co to jest na przeciw wieczności. Udało się nam jednak trafić bez problemów, Pan Bóg czuwał nad otępiałą matką. Głowa mi tak spuchła z bólu, że ledwo czapkę wcisnęłam. Wojtka zostawiłam z Nianią w samochodzie, a sama poszłam na Izbę Przyjęć. W poczekalni – czarno od ludzi. Nawet nie zastanawiałam się, z jaką chorobą kto tu trafił i jakie zarazy fruwają nad nami. Wywiad w okienku chwilę potrwał, ale potem poszło błyskawicznie: przyprowadziłam Wojtka z Nianią i wróciłam do samochodu po torbę z książkami, a kiedy wróciłam, już siedzieli u lekarza dyżurnego. Dwie minuty później kazali nam pójść na górę na laryngologię. Że myśmy stamtąd wyszli, nie zabłądzili i do dziś nie krążymy po szpitalnych korytarzach, to kolejny cud. To są kazamaty jakieś, tu zakręt, tu piętro, tam półpiętro, korytarz w lewo, korytarz w prawo…

W tamtą stronę było łatwiej, bo prowadziła nas pani.

– Przepraszam, na laryngologie to którędy? – zapytałam napotkaną pielęgniarkę, gawędzącą z koleżanką po służbie, już ubraną do wyjścia.
– Weź ich podprowadź – poprosiła pielęgniarka tę po służbie.

Podreptaliśmy posłusznie i pełni wdzięczności za naszą cicerone, która ani się obejrzała, za to emitowała silne fale mówiące, że jej tu nikt za oprowadzanie nie płaci.

Po drodze spotkała kolejną znajomą.
– Ty już po robocie?
– Po. Tylko tych prowadzę na laryngologię – machnęła ręką do tyłu. A z tyłu byliśmy my, cisi i pokorni, jak to pacjent w paszczy polskiej służby zdrowia.

Dwa zakręty i pół korytarza później nasza przewodniczka stanęła gwałtownie, machnęła ręką w kierunku drzwi z napisem „Laryngologia” i ciężkim krokiem odmaszerowała w swoją stronę.

– Dziękujemy! Dziękujemy! – wykrzykiwałyśmy za nią, ale nie zareagowała.

Na oddziale było pusto, cicho, młody lekarz raz-dwa zrobił endoskopię, na ekranie obejrzeliśmy całe wnętrze Wojtkowego nosa.

Bez śladu rodzynki.

Połknął? Wydłubał? Nie wiemy i musimy z tym żyć. Gdyby pani doktor w przychodni przy Szwedzkiej chciało się porządnie zajrzeć Wojtkowi do nosa, oszczędzilibyśmy sobie jeżdżenia po mieście. Ale kogo to obchodzi. Masz dziecko, bujaj się.

Wojcieszek zasnął w samochodzie w czasie podróży z Żeromskiego do domu, wyspał się smacznie, więc kiedy zgasiłam o 21.00 światła z nadzieją, że wreszcie znajdę ukojenie w czułych objęciach Morfeusza, on był jeszcze w pełni sił i chodził po mnie tam i z powrotem. A Mąż był, naturalnie, w delegacji!

Z tournée po przychodniach przywieźliśmy wirusa, który zablokował Wojtkowi nos katarem, wstrętnym i gęstym. Nieżyt nie spływał nosem, lecz gardłem, powodując ataki koszmarnego kaszlu. Myślałam, że dziecko płuca wypluje. Ale osłuchowo czysty, więc skończyło się na inhalacjach, syropkach, płukaniu nosa (brrrr) i odciąganiu kataru, kiedy już raczył wychodzić nosem.

Po wizycie u pediatry wyszedł z gabinetu i ze smutkiem zwierzył się pani czekającej w kolejce:

– Jeśtem choji, nie moge iść ani do pjaci, ani do kościoła…
– A gdzie ty pracujesz? – zainteresował się starszy pan.
– Na komputezie.

Miny mieli bezcenne 🙂

… I tak nam upłynął cały drugi tydzień ferii, hej!

Teraz Wojtek powtarza:

– Nie wono kładać nić do nosia. Jodzinki sie kłada do buzi. Bojało nosiek.

Oby była to nauczka z kategorii tych na całe życie.

A mnie, drodzy Państwo, od samego początku dręczyło jedno: czy „ta rodzynka” czy „ten rodzynek”? Nie będę Was trzymać w niepewności: autorytety twierdzą, że obie formy są dopuszczalne.

* A, takie tam…

**Skoro już musicie wiedzieć… Michaś chciał pójść tam, gdzie jest darmowa dolewka…

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi: , ,

24 comments on “Historia jednego rodzynka
  1. mamablues napisał(a):

    O matko ludowa! To nasza poprzednia środa, tylko i wyłącznie na SORze, to mały pikuś (młoda zasłabła w sklepie, powód – zarwała nockę przy kompie gadając z kumplem ze Stanów, ferie są, to można, nie? No nie, jak się okazuje). Co prawda 6 godzin czekania na wizytę lekarską, badania, wyniki, badania, wyniki, wizytę lekarską, ale za to w jednym miejscu. Z tłumem innych pacjentów z różnymi przypadkami, w tym jeden z nosem – chłopak wsadził sobie kawałek plastikowego widelca. Opatrunek na cały nos i kawałek czoła. Makabra. W gabinecie lekarskim jeszcze posłuchałyśmy opowieści o chłopaku, który przesiedział nad kompem 36 godzin non stop i trafił na ostry dyżur z urazem mózgu. Młoda do dziś korzysta wyłącznie z komórki (ok, po drodze był wyjazd do Lublina, ale jednak).
    Skutki siedzenia wśród innych chorych chyba właśnie się ujawniły, w drugim dniu szkoły młoda wróciła do domu z gorączką. Jeszcze nie wiemy, co to za cholera. Czekamy, co się wykluje.

  2. Aleksandra napisał(a):

    Oj, to u nas mieliśmy luksusowo. Młody rano włożył sobie maleńkie LEGO do nosa, pojechaliśmy od razu do Szpitala Dziecięcego (bo jak poprzednio z przytrzaśniętym palcem się wybraliśmy do Wojewódzkiego, bo blisko, to nas odesłali). W Dziecięcym recepcja, na oddział laryngologiczny i po 20 minutach z powrotem w domu byliśmy. Fakt, że niedziela rano, zero ruchu i mało ludzi.
    Najlepsze było, jak lekarz włożył młodemu haczyk do nosa, on: „Au!”, a lekarz: „Ale jak wkładałeś, to cię nie bolało?”. Młody się uniósł ambicją i nie odezwał słowem do końca wizyty 😀 Uprzejmie odmówiliśmy też zwrotu osmarkanego klocka hahahaha, kóry proponowała pielęgniarka 😉 Pozdrowienia z Torunia 🙂

  3. kolorki napisał(a):

    Przeczytałam z zapartym tchem… przerabiałam 2 razy – Starsza wsadziła sobie do ucha świecową kredkę, zieloną ;)) ucho przepłukano na laryngologii, zawartość wypłynęła. Młodsza wsadziła sobie kawałek plastiku do nosa (a’la mydełko dla lalki), na szczęście wydmuchała!!!

  4. kwiatkowska napisał(a):

    Współczuję. W korytarzach Żeromskiego von Trier mógłby kręcić następne odcinki „Królestwa”. Szczęście w nieszczęściu, że to był rodzynek, a nie klocek lego, i że się sam zdematerializował.

  5. dorota napisał(a):

    To mi zupelnie przypomina pol dnia trwajaca eskapade po placowkach zdrowia, kiedy to nasz piecioletni bodajze wtedy syn wlozyl sobie do nosa maly guziczek, ktory doslownie chwile wczesniej odpadl od babcinej bluzki. Zeby bylo smieszniej, guzik mial kolor akurat taki jak sluzowka w srodku nosa, wiec kompletnie nie bylo go widac, przy czym przestraszony syn wypieral sie,ze wlozyl, podczas kiedy bawiaca sie z nim kolezanka z sasiedztwa upierala sie, ze jednak to zrobil. W naszym szpitalu powiatowym lekarz w izbie przyjec stwierdzil, ze … on nie ma sprzetu(!) i wyslal nas do wojewodzkiego, dobre 35 km dalej. Tam laryngolog uporal sie z tym w try miga i nadziwic sie nie mogl, jak mozna bylo tak dobrac kolor guzika do koloru ciala, a ja z kolei nie moglam uwierzyc do jakiej szerokosci jest w stanie sie rozciagnac dziurka w ludzkim nosie. Eh, dzieci!

  6. kuka napisał(a):

    Moja mama połknęła w dzieciństwie metalową nakrętkę od maszyny do szycia. Gdy pękł porcelanowy nocnik, domownicy odetchnęli z ulgą, że już po wszystkim.

  7. kaczka napisał(a):

    Przeprowadzilabym profilaktyczna pogawedke z Biskwitem, ale obawiam sie, ze zechcialby sprawdzic.
    My mamy nadal w pamieci podroz do szpitala, gdy Dynia zaanonsowala, ze odgryzla drewniana kulke od lampy z domku dla lalek. Noca. I ta kulka podobno utknela jej w gardle.
    Byla izba przyjec, pol bochenka chleba tostowego, lyzka oliwy i rada, zeby sprawdzic, czy kulka opuscila trzewia za pomoca perystaltyki.
    Nie wiem. Nie ciagnelo mnie zeby sprawdzac 🙂

    • kh napisał(a):

      Ja kiedyś, dziecięciem będąc, wyśniłam sobie, że połknęłam szklaną kulkę (taki mój mały skarb). To były akurat ferie zimowe, które moi rodzice spędzili sprawdzając właśnie tą perystaltykę 🙂 Po feriach kulka odnalazła się w tornistrze 🙂

  8. basik napisał(a):

    My mieliśmy przygodę z laryngologiem kal Kamil mial wtedy lekko ponad rok, obudził sie z popołudniowej drzemki z krwia w uchu, to było chwilkę przed 18, a pediatra do 18 – zdążyliśmy. Usłyszeliśmy że jak na prymitywny sprzęt jaki posiada to nie wyglada to dobrze, wiec skierowanie na ostry dyżur. Z jaka panika my jechalismy wtedy jeszcze na Litewską, na szczęście po szczegółowym badaniu okazalo się że ten mały agent zadrapał sobie malżowine a krew spłynęła do środka jak spał. Ale co nerwow sie najedlismy to tylko my wiemy.
    Pozdrawiamy z feriowego wyjazdu do Władysławowa

  9. Seso napisał(a):

    To mi przypomniało, jak moja pięcioletnia siostra włożyła sobie groszek do nosa. Wszyscy się przejęli, opowieści po rodzinie krążyły, pytali dlaczego włożyła i dlaczego nie wydmuchała, więc postanowiła sprawdzić raz jeszcze… Swoją droga przychodnia na Szwedzkiej to piekło NFZu, tam jest milion przychodni, chyba każdy lekarz tam pracujący ma swoją. Mieszkam nieopodal i mój mąż lubi tam chadzać (raz w roku widzi lekarza przy szczepieniu, za każdym razem musi wybierać innego lekarza POZ bo starego już nie ma).

  10. Chudsza napisał(a):

    Bardzo bardzo Ci współczuję. Aż mi dech wstrzymywało podczas lektury, wszystkie te doświadczenia oraz wirusy były naprawdę niepotrzebne. Dzielni jesteście, i masz świetną opiekunkę 🙂 ściskam.

  11. Monia napisał(a):

    Dorotka, Żeromski nocną porą jest jeszcze bardziej upojny. Wizualizują się sceny żywcem z pamiętnego 997. Przy okazji- rada dla Niani-wyjmować należy szydełkiem. Wiem, co mówię, bo sama przerobiłam na sobie. Ziele angielskie w obu dziurkach.

    • Dorota napisał(a):

      Moniu, Ty wyjmowałaś czy Tobie wyjmowano? 🙂

      • Monia napisał(a):

        To ja miałam taki ułański pomysł. Ba, przespałam się nawet z nimi w nosie. Zdążyło pięknie napuchnąć. Tylko już nie pamiętam, czy moje nozdrza czy ziele angielskie. Do dziś pamiętam, jak siedzę na pamiętnej szafce w kuchni pod oknem, dyndam nogami, a babcia Stenia szydełkuje…

    • Ola napisał(a):

      bzdura, jak się nie wydmucha nie kombinować niczym! zamiast wyjąć wepchnie się głębiej. mnie przy okazji przypomniało się jak podopieczny wciągał do nosa kawałki folii żeby sprawdzić czy wyjdą mu gardłem. na szczęście został przyłapany z resztkami jeszcze wystającymi z nosa.

  12. cypisek napisał(a):

    Byłam raz w Żeromskim, szukałam jednej pani doktor, która miała mi podpowiedzieć, jak dostać się na badanie w całkiem innym szpitalu. Do dziś się dziwię, że stamtąd wyszłam…

  13. Anka napisał(a):

    Ahoj przygodo!

    Mam pytanie odnośnie „Łotra”, nie jest on zbyt drastyczny dla dziesięciolatka?

    • Dorota napisał(a):

      Też miałam takie obawy, ale koleżanki stwierdziły, że nie, tylko trzeba z dzieckiem potem porozmawiać o granicach poświęcenia i innych trudnych sprawach. Przyznam szczerze, że z powodu rodzynka rozmowa się jeszcze nie odbyła, ale wciąż o niej myślę. Dla mnie dużo bardziej straszny był Anakin w lawie i ojcobójstwo na Hanie Solo, tu jest zagłada całej planety, ale wygląda to mniej potwornie, niż cierpienie Skywalkera.

  14. batumi napisał(a):

    Jakie szczęście, że moje dzieci już duże i nie wkładają sobie nic do nosa! Mam nadzieję…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*