„Słonie w naszym domu”. Lekcja życzliwości dla dorosłych

Zadziwia mnie, ile jest w życiu sytuacji, w których to dorośli powinni uczyć się od dzieci. Dziecięca otwartość na świat i drugiego człowieka, spojrzenie czyste, bez katarakty stereotypów, bez pochopnego oceniania i szufladkowania jest szalenie ważną umiejętnością, jeśli chcemy, by ten świat nie zginął w otchłani nienawiści.

Na naszym podwórku mieszkają Romowie, mama z trójką dzieci. Spokojni ludzie, życzliwi, kiedyś babka pomagała mi wejść po schodach, gdy manewrowałam tacą gołąbków i wijącym się Wojtusiem. Średni chłopak jest w wieku Michasia, więc latem ganiali całą bandą po podwórku, ku utrapieniu starszych pań (bo niż demograficzny jest wielkim problemem, uzależnienie młodego pokolenia od elektroniki jeszcze większym, ale największym są dzieci hałasujące na podwórku).

Wracam któregoś dnia z pracy i widzę na podwórku mojego Michasia, którzy popija z butelki jakiś kolorowy napój. Wkurzyłam się, bo dobrze wie, że nie pochwalam kupowania takich płynów, biorę go na bok, z daleka od bandy, i pytam, dlaczego taki syf pije i skąd miał kasę, zapewnia, że ze skarbonki (która najwyraźniej ma właściwości stoliczka, co się nakrywał na wezwanie, bo zwykle nic w niej nie ma).

Przy kolacji Michaś mówi:
– A wiesz mamo, bo jak poszłaś, to ten D. pytał, co mi mówiłaś i że pewnie zabroniłaś mi się z nim bawić.

Aż mi się serce ścisnęło. Jakie ten dzieciak ma przykre doświadczenia!… Przerąbane być w Polsce romskim dzieckiem, kimś, za kim ciągnie się smród stereotypu. Jedno spojrzenie – i już wiedzą o tobie wszystko. A nawet nie muszą cię widzieć, wystarczy, że usłyszą, że jesteś Romem.

O tym jest książka „Słonie w naszym domu”. Nie o Romach, a o słoniach, które wprowadziły się do szacowanej kamienicy. „Miej się na baczności, to są słonie!” ostrzega główną bohaterkę, kilkuletnią Fisię, jedna z sąsiadek. „Tacy jeszcze nigdy tutaj nie mieszkali!”, „Oni wcale do nas nie pasują!” – tak oburzeni sąsiedzi komentują pojawienie się nowych lokatorów, z którymi jeszcze nawet nie rozmawiali. Tylko Fisia jest nastawiona pozytywnie. Ba! Fisia jest pełna nadziei, że sąsiedzi mają dzieci, bo do tej pory była jedynym dzieckiem w kamienicy. Więc idzie się z nimi zapoznać. Tak po prostu, naturalnie, bez ceregieli. Słonica ostrożnie uchyla drzwi i oddycha z ulgą na widok dziecka. To też wiele mówi o tym, jak byli traktowani do tej pory.

„Słonie w naszym domu” to powiastka dla dzieci, ale myślę, że zawarta w niej lekcja przyda się przede wszystkim dorosłym. Płynie z niej nauka, żeby nie uprzedzać się do obcych, nie zakładać, że są źli, że chcą nam zrobić krzywdę. Tyle wystarczy na początek.

Książeczka jest bardzo przyjemna, duży format, kolorowe, sympatyczne ilustracje, treść podana żartobliwie, językiem trafiającym do dziecka. Miejscami bardzo dowcipna, a w przekazie głęboko humanistyczna. Bardzo polecam do rodzinnego czytania.

Astrid Henn, Stephanie Schneider, „Słonie w naszym domu”, wydawnictwo Jedność dla dzieci, Kielce 2016.

***

Dzięki uprzejmości wydawcy mam dla kogoś z Was egzemplarz tej książki. Aby go zdobyć, musicie zaprząc do pracy swoje dzieci. Zadanie będzie rysunkowe: narysujcie proszę, jak powitalibyście nowych sąsiadów. Na skany lub zdjęcia rysunków czekam pod adresem: greentee(maupa)poczta.onet.pl do 22 lutego, do godz. 23.59.

Napisano w Czytam dzieciom (i sobie też)

Tagi: , , , , ,

7 comments on “„Słonie w naszym domu”. Lekcja życzliwości dla dorosłych
  1. kuka napisał(a):

    Mnie fascynuje zawsze zupełny brak zdziwu u dzieci na nowe imiona. Koleżanka powie, że się nazywa Fela, to Fela i kwita. Ale dorośli od razu pytają, czy to skrót od Felicji, czy od Felicyty. Muszą sobie Felę zaszufladkować. Kolega, dajmy na to, jest Olo, to od razu śledztwo, czy Aleksander, czy Olgierd, czy Olle z Bullerbyn, i czemu nie Olek, bo tak jest poprawnie. A jak już nawet zaakceptują Felę i Ola, to musowo zrobią błąd w wymowie i powiedzą Felia i Ollo.

  2. Dorota napisał(a):

    Cieszę się bardzo, że Pani jest życzliwa Romom. Wszyscy wiemy, jakimi stereotypami sa otoczeni. Brawo za to, że Michaś ma w nich kumpli.
    Pozdrawiam.
    Dorota

  3. kh napisał(a):

    To ja muszę się poddać jeżeli chodzi o konkurs. Zaprzężenie do pracy plastycznej mojego syna przewyższa moje możliwości :). Zaprząc go do tego potrafi jedynie Pani od plastyki i to tylko na tyle, że zazwyczaj dostaje 2 (chyba tylko za to, że coś zrobił). Za to ile kredek, farb, plastelin, filcu, papieru kolorowego, brystolu itp. muszę kupić, bo Pani prosiła, to tylko chyba ja wiem :). Ale jak zwracam uwagę Młodemu, że 3 z plastyki na półrocze wygląda marnie to słyszę: „ale z wf’u mam 6”, i jeszcze „nie mam talentu po tobie” – i z tym faktem ciężko mi dyskutować 🙂

  4. kolorki napisał(a):

    Bomba 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*