Cmoknij mnie w pliczek. Ewentualnie w folderek

Na początku była broszurka z Targów Książki. Zachęcała do zapoznania się z twórczością Jolanty Marii Kalety hasłem „Wrocławska autorka i tajemnice Dolnego Śląska”. Oooo, naprawdę, nie trzeba mi było dwa razy powtarzać!

Fascynują mnie ziemie „odzyskane” i Kresy, obszary, które walec historii rozjechał na miazgę, niszcząc życie setek tysięcy ludzi. Polacy, którym powiedziano, że ich ojcowizna to już nie jest Polska. Niemcy, którzy dowiedzieli się, że na ojczystej ziemi nie ma dla nich miejsca. Wypędzenie, poniewierka, niepewność, strach przed nieznanym, utrata wszystkiego, czego jedni i drudzy dorabiali się przez całe życie. Zrujnowane życie, podeptane marzenia, utraceni bliscy. Tragedie, których rozmiaru nie potrafię objąć rozumem, a nawet nie chcę ich sobie wyobrażać.

Wojenne tajemnice i po dziś dzień nierozwiązane zagadki związane z poniemieckimi skarbami wciąż rozpalają wyobraźnię. Najlepiej uwidoczniła to sprawa „złotego pociągu”, którą jakiś czas temu żyła cała Polska. Przyznam, że ilekroć w książce pojawia się motyw dzieł sztuki zaginionych w czasie wojny, rzucam się na nią zachłannie. Ileż emocji dostarczył mi „Bezcenny” Miłoszewskiego! Uwielbiam opowieści, które korzeniami sięgają do przeszłości, im burzliwszej, tym lepiej dla fabuły.

Wiedziałam, że i na twórczość Jolanty Marii Kalety przyjdzie czas, aczkolwiek nadchodził wolno, bo dopiero przed Bożym Narodzeniem, robiąc porządki na biurku, wyjęłam spod sterty wszystkiego broszurkę z targów i przejrzałam ją uważnie.

Na pierwszy ogień poszła „Kolekcja Hankego”. Jest Wrocław, jest muzeum, a w nim młodziutka muzealniczka Matylda, której marzeniem jest odnalezienie zaginionych obrazów śląskiego malarza barokowego Michała Willmanna. Pewnej nocy Matylda znajduje listę dzieł sztuki, które przywłaszczyli sobie hitlerowscy dygnitarze. Ponieważ na tej liście znajdują się prace jej ulubionego Willmanna, Matylda przystępuje do poszukiwań. Akcja płynie wartko, przyjaciele pomagają, wrogowie przeszkadzają, a nasza bohaterka idzie po nitce do kłębka i tak przez 442 strony.

Książka szalenie mi się podobała od strony historyczno-geograficznej. Te wątki są dobrze pomyślane, intrygujące, a do tego wpisane w rzeczywistość lat 70. XX wieku, w przyrodę Dolnego Śląska. Widać, ze autorka jest wielbicielką historii i górskich wędrówek. Jednak zawsze wydawało mi się, że książki tworzy nie tylko autor, ale cały zespół redakcyjny, a w nim jest korektor. Wydawało mi się także (patrzcie, jaka naiwna!) że e-book to pełnowartościowa książka elektroniczna, a nie roboczy plik przed korektą i redakcją.

„Kolekcja Hankego” (którą kupiłam za pieniądze w internetowej księgarni, a nie ściągnęłam z chomika) jest tak byle jaka pod względem redakcyjnym, że chciało mi się wyć. Co krok potykałam się o przecinki, rozrzucone swobodnie niczym zabawki Wojtusia po dywanie. Niekiedy całe wersy były posklejane w jeden długi wyraz. Rozdział przyklejony do rozdziału, czytam i nagle głupieję, bo dalej dialog, ale już między innymi bohaterami i na całkiem inny temat. Książka rozłazi się w szwach, rozdziały (jak się już dojdzie, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą) sprawiają wrażenie pojedynczych scen, co sprawdza się w filmie, ale nie w literaturze. Do tego literówki wprost biją po oczach: „Tary” zamiast „Tatry” czy tytułowy „pliczek” zamiast „policzek”.

W kilku miejscach redaktor (o ile w ogóle ktoś taki brał udział w procesie wydawniczym) przysnął nad tekstem. Na przykład bohaterka opowiada bohaterowi scenę, którą czytelnik był świadkiem chwilę wcześniej. Po co taka drobiazgowa relacja? Nie wiem. Motyw małych, sterczących cycuszków Matyldy i tego, że nie nosi biustonosza, pojawia się co najmniej kilka razy. Dziękuję, nie trzeba mi powtarzać, naprawdę zapamiętałam już za pierwszym. Jedna scena mnie rozłożyła na łopatki: chłopak czeka na dziewczynę na skwerku w pobliżu przystanku tramwajowego, ona wysiada, on widzi, że idzie za nią jakiś facet z kwiatami i zaczepia ją, ona faceta odtrąca, zaczynają się szarpać, facet próbuje ją pocałować, dostaje po pysku, więc ją uderza, ona mu oddaje, facet znowu ją uderza dwa razy, ona pada na ziemię i dopiero wtedy rycerz wkracza do akcji. Hę? Ktoś zaczepia dziewczynę, do której rycerz żywi ciepłe uczucia, a on, zamiast od razu wkroczyć do akcji, seans filmowy sobie urządza? To skąd na to patrzył, zza rzeki? Sparaliżowało go nagle? Wysoki, szczupły, wysportowany, w dwa susy powinien się przy niej znaleźć, a nie patrzeć, jak obcy gość ją bije na ulicy!

Sama Matylda jest dla mnie postacią trochę papierową. Budzi sympatię czytelnika, jest młoda, świeża, entuzjastycznie nastawiona do swojej pracy, ale zachowuje się irracjonalnie: jej ojciec został zamordowany przez UB, bo powiedział coś nieodpowiedniego, porucznik MO wyraźnie mówi, że ściany mają uszy, a ona zwierza się przypadkowym osobom. Jakieś to dla mnie nieprzekonywające.

Jestem w rozterce. Katalog książek Jolanty Marii Kalety wygląda imponująco, cieszyłam się, że trafiłam na kogoś, kto siedzi w tematyce Dolnego Śląska i będę miała co czytać przez najbliższe miesiące, ale teraz nie wiem, czy nie szkoda mi pieniędzy na coś, co będzie mierzić mnie kiepską redakcją i kpić ze mnie w żywe oczy, bo uważam, że to kpina wypuszczać na rynek tak źle zredagowane książki. Autor nie musi umieć pisać. Redaktor jest od tego, żeby okiełznać pomysły fabularne artysty i doszlifować formę. Moi znajomi mają malutkie, dwuosobowe wydawnictwo, w którym ona zajmuje się redakcją i korektą, on składem do druku. Ile razy chwalę wydane przez nich książki, że ta świetnie napisana, a tamtą bardzo dobrze się czyta, tylekroć słyszę, że to jest ciężka praca żeńskiej połowy tego duetu, bo to, co przysłał autor, było niewyobrażalnym gniotem. Da się, pod warunkiem, że się chce.

Cmokanie w pliczek czarno na białym ekranie.

Nie będę już kopać leżącego, ale myślę, że może porządne wydawnictwo porządnie by tę książkę zredagowało. Ale niestety, porządne wydawnictwa też mają swoje za uszami, jeśli chodzi o e-booki. O czym, niestety, opowiemy w następnym odcinku.

Jolanta Maria Kaleta, „Kolekcja Hankego”, wydawnictwo Psychoskok, Konin 2013.

Napisano w Czytam dzieciom (i sobie też)

Tagi:

7 comments on “Cmoknij mnie w pliczek. Ewentualnie w folderek
  1. jan pisze:

    Książka drukowana nie posiada takich błędów. Ebook też został poprawiony, widać w któreś księgarni z ebookami nie zostały podmienione pliki – proszę podać gdzie został zakupiony.

    • Dorota pisze:

      Jest Pan już trzecią osobą z Psychoskoku, która do mnie pisze. Otrzymałam plik, rzekomo poprawiony, w którym nadal jest „pliczek” zamiast „policzek”. Cieszę się, że książka przed drukiem trafiła do korekty, ale jaka z tego korzyść dla mnie? Jednemu z Pańskich współpracowników odpowiadałam już, że e-booka kupiłam w Woblinku.

  2. mamaAsi pisze:

    Na początku też się ucieszyłam, że będzie fajnie. Niestety, z każdą kolejną książką okazywało się, że jest coraz gorzej. Na plus dla Kality umiejscowienie akcji na Dolnym Śląsku, który świetnie opisuje. Dobrze sobie radzi z realiami II wojny światowej i PRL. Najbardziej podobał mi się „Testament templariusza”, natomiast „Obcy w antykwariacie” to zupełne nieporozumienie. Niestety Kaleta ma skłonności do pornografii, momentami nie da się czytać, nie wiem czy to jej pomysł, czy polityka wydawnictwa mająca podnieść sprzedaż. Jeśli zaś chodzi o wydawnictwo, to nie chciało mi się sprawdzać, z ilu osób się składa, ale za redakcję i korektę odpowiada chyba gimnazjalista i to mocno kulejący z polskiego. W każdym razie w żadnej książce Kalety nie udało mi się znaleźć nazwiska osoby odpowiedzialnej za to co się w nich dzieje pod względem redakcyjnym. Zaczynam mniemać, że kogoś takiego po prostu nie ma. Tym sposobem niezłe pomysły kończą jako potwornie wydane gnioty. Dotyczy to wszystkich książek Kalety, które pożyczyłam z biblioteki, a ja za ciężko pracuję, żeby wydawać pieniądze na tak niechlujnie wydane książki.

  3. kolorki pisze:

    Jakoś e-booki do mnie ciągle nie przemawiają… może dusza moja ma rację ;)? Poczekam, aż się wydawnictwa ogarną 🙂

  4. Chudsza pisze:

    Ojej, jak szkoda. Sama bym chętnie przeczytała. Pan samochodzik dla starszych 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

W związku z wprowadzeniem 25 maja 2018 roku Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, że zostawiając komentarz na stronie od-rana-do-wieczora.pl pozostawiasz na niej swój nick, widoczny dla innych czytelników oraz adres mailowy widoczny tylko dla administratorów strony. Swoje dane osobowe przekazujesz dobrowolnie i będą one przetwarzane wyłącznie w celu przesłania powiadomień o nowych wpisach na blogu, odpowiedzi na Twój komentarz lub w przypadku kontaktu przez formularz kontaktowy. Bez wyraźnej zgody dane osobowe nie będą udostępniane innym odbiorcom danych. Masz prawo dostępu do swoich danych oraz ich poprawiania poprzez kontakt: dorota.smolen@gmail.com. Administratorem Twoich danych osobowych jest autorka bloga od-rana-do-wieczora.pl Dorota Smoleń.
Publikując komentarz, wyrażam zgodę.

*