Trochę zwierzeń mola książkowego na kanwie recenzji powieści o Molly Murphy

Czytam dużo i szybko. Ilekroć kończę dobrą książkę, mam ochotę od razu zacząć nastepną, ale narzucam sobie chwilową abstynencję czytelniczą po to, by bohaterowie tej właśnie przeczytanej trochę we mnie pożyli. Lubię o nich myśleć, przypomnać sobie ich losy i zastanawiać się, jakie plany ma wobec nich autor. Oczywiście abstynencja nie trwa dłużej niż jeden dzień. Na świecie jest za dużo dobrych książek, żeby odwlekać ich przeczytanie.

Wspomnianą wyżej zasadę stosuję tylko wtedy, gdy lubię bohatera. Zresztą, kiedy nie potrafię się z nim zaprzyjaźnić, odpada mi połowa przyjemności z lektury. Okropnie irytują mnie takie postaci jak trzy bezdennie głupie baby w „Trzech świnkach” Olgi Rudnickiej. Oczywiście wiem, że to konwencja taka, i ostatecznie książka była dość zabawna, ale nie potrafiłam myśleć z sympatią o żadnej z bohaterek. Jednak ostatnio masz więcej szczęścia.

Kilka dni temy trafiłam na zadziorną, bystrą Molly Murphy, Irlandkę z pochodzenia, mieszkankę Nowego Jorku, która postanowiła zostać prywatnym detektywem. Akcja dzieje się na początku XX wieku, gdy kobiety głównie zajmowały się domem i dziećmi, nie miały praw wyborczych, a ich ewentualna kariera zawodowa zawężała się do wyboru między posadą sekretarki, nauczycielki i sprzedawczyni. Męski świat lekarzy i policjantów z pogardą patrzył na panie, które chciały do niego wejść. Niemniej tama puściła i wąski strumyczek przemian sączył się przez beton, by wkrótce zamienić się w rwącą rzekę emancypacji. A wiadomo, co rwąca rzeka robi z najtwardszym betonem.

Molly Murphy przeciera szlaki. Jest młoda, ambitna, odważna, inteligentna, pyskata, z dużym apetytem na życie. Nie dla niej życie ekspedientki w sklepie z kapeluszami czy posada nauczycielki. Uwielbia, gdy coś się dzieje i gdy sama może być w centrum wydarzeń, nawet jeśli owe wydarzenia mogą skrócić jej życie. Panna Murphy jest przesympatyczną postacią, ale reszta bohaterów wcale jej nie ustępuje. Jaki pan, taki kram, można powiedzieć. Czytając o perypetiach Molly należy się nastawić na mroczne zagadki kryminalne, dreszczyk emocji, a także intrygę miłosną. Wszystko świetnie skomponowanie i opowiedziane doskonałym językiem.

Ta książka to klasyczny kryminał retro. Żałuję, że trafiłam dopiero na czwarty tom przygód Molly, nie wiedząc, że to czwarty. Wkrótce przeczytałam także piąty i teraz zastanawiam się, czy sięgać do poprzednich, bo w kolejnych tomach są liczne wzmianki na temat dotychczasowych dochodzeń naszej Irlandki. Tym sposobem szybciej niżbym chciała dotarłam do ostatniego tomu, który opublikowano po polsku i teraz mogę tylko mieć nadzieję, że Noir sur Blanc wyda kolejne (w wywiadzie z 2015 r. autorka wspomniała, że pisze trzynasty). Nie popełniajcie mojego błędu, czytajcie od pierwszego 🙂

Rhys Bowen, seria o przygodach Mollly Murphy, tom IV „Pieniądze to nie wszystko”, tom V „Mój ukochany”, Noir sur Blanc, Warszawa 2015-2016.

Napisano w Czytam dzieciom (i sobie też)

Tagi:

2 comments on “Trochę zwierzeń mola książkowego na kanwie recenzji powieści o Molly Murphy
  1. mamaAsi napisał(a):

    Molly jest super, niepokorna i ambitna. Uwielbiam kryminały retro dla klimatu czegoś, co już nie wróci, co dla mnie jest odległą przeszłością, a dla bohaterów „tu i teraz”, szczególnie Wrońskiego, Kwiatkowskiej, Schmandta i nie tylko. No i kobiety z ulicy Grodzkiej. Uczucia i emocje zawsze rządziły światem, pod tym względem nic się nie zmienia
    Czekam na okazję w bibliotece, aby przeczytać piąty tom serii Molly.

  2. Krusz napisał(a):

    Tyle książek do przeczytania, życia nie starczy! Dopisuję do listy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*