Babcia, która miała nie umrzeć

Kiedy umiera babcia, człowiek przestaje być małym dzieckiem. Bo nawet jak już ma dwadzieścia kilka lat, jest wielkim, wyrośniętym bykiem i zarabia cztery razy więcej, niż wynosi babcina emerytura, ona i tak wciska mu jakieś drobne na cukierki, gładząc czule po głowie, którą trzeba mocno schylić, żeby babcia mogła dosięgnąć, i mówi do niego tak czule i pieszczotliwie, jakby ciągle miał trzy latka. Kiedy umiera, nikt już nie będzie go tak traktował.

Kiedy umiera babcia, człowiek zaczyna się martwić o swoich rodziców, patrzy na nich jakoś inaczej, z lękiem i obawą. Teraz, jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, oni stoją w kolejce do Wieczności. A potem w tej kolejce jesteśmy my, a jeszcze później nasze dzieci.

Przemijanie pokoleń przeraża mnie i fascynuje jednocześnie…

Moja Babcia z Haczowa zawsze była Młodą Babcią, w odróżnieniu od Starej Babci, siostry dziadka, z którą mieszkała. Stara Babcia chodziła zgarbiona, kuśtykała powoli stukając laską, długimi spódnicami zamiatała chodnik ułożony z płaskich, szarych kamieni, prowadzący z domu do stajni. Stara Babcia miała swoją skrzyneczkę ze skarbami, które przeglądała co jakiś czas. Pamiętam jak przez mgłę kolorowe gałganki, które pieczołowicie zbierała. Mama tłumaczyła mi, że to taki nawyk z dzieciństwa, z wielkiej biedy, z wojny. Stara Babcia siadywała na ławce przed domem, grzejąc się latem w słońcu i poprawiając chustkę na głowie.

Młoda Babcia nigdy nie siedziała, chyba że paliła pod kuchnią. Młoda Babcia zawsze pędziła, biegła, niosła, plewiła, kopała, sadziła, zbierała, gotowała, myła, prała, wieszała. Babcia w biegu, przez całe życie, dopóki mogła. Zawsze miała coś do roboty, nigdy nie siedziała bezczynnie. Kiedy hektary pola przepisała na dzieci i został jej mały skrawek ogrodu, na tym skrawku sadziła ziemniaki, siała jarzynki i zawsze robiła to na samym początku, przed innymi, bo potem szła pomagać dzieciom.

Wokół domu zawsze miała czyściutko i porządnie. Ogródek kwiatowy ogrodzony, trawa przed domem wykoszona niziutko i równiutko jak kosiarką, drzewo do palenia pod kuchnią w równych szczapach ułożone pod ścianami. W niedzielę zakładała czystą białą bluzkę, porządnie pastowała proste buty o męskim fasonie, zakładała na głowę skromną chustkę i szła rano do kościoła.

Babcia była wyjątkowo skromna. Nie znam nikogo równie skromnego. Pamiętam, jak kiedyś mama podarowała Jej piękną chustkę w duże czerwone kwiaty, przetykaną złotą nitką.

– Będziesz miała do kościoła – powiedziała jej, dumna ze swojego prezentu.
– Nie, nie można się tak pysznić przed Panem Bogiem – odparła Babcia, z zachwytem oglądając upominek.

Babcia recytowała nam “Powrót taty” Mickiewicza. Śpiewała pieśń o Matce Bożej Gidelskiej (muszę ją spisać, póki pamiętam). Kiedy moja Średnia Siostra wychodziła za mąż, Babcia wspięła się na górę do jej pokoiku i śpiewała jej piosenkę, którą drużki śpiewały ubierającej się do ślubu narzeczonej. O mnie Babcia powtarzała tę samą rymowankę: “Dorotka rano wstała, wszystkie książki przeczytała” – bo na każde wakacje przywoziłam ze sobą lektury, które pochłaniałam na ławie pod oknem. Była bardzo dumna z mojej kuzynki, która została nauczycielką. “Pani nauczycielka” brzmiało w jej ustach jak tytuł królewski. Bo Babcia była z pokolenia, które z definicji darzyło szacunkiem nauczycieli, lekarzy i księży.

U Babci wszystko było wyjątkowe.

Okolica była cicha i spokojna, dom stał na uboczu, wokół było tylko kilku sąsiadów. W pobliżu płynęły dwie rzeki, właściwie rzeczka i rzeka. Przez tą większą przechodziło się po chybotliwej kładce, na którą mówiono “ława”. Bałam się jej jak ognia, zwłaszcza kiedy kuzyn złośliwie rozhuśtał ją ze mną na środku. Kiedy rzeka przybierała, rozlewała się szeroko i porywała ze sobą “ławę”, więc najkrótsza droga do wsi, przez pola, licząca tylko 3 km, była odcięta, trzeba było chodzić na około, asfaltem. Ta mniejsza rzeka była bardzo zdradliwa, bo niby niepozorna, ale rozlewała się szerzej niż większa i zamieniała podwórko Babci w płytki staw. Brodzenie w nim w w czerwonych kaloszach było ogromną atrakcją.

U Babci wszystko smakowało wyjątkowo. Do dziś pamiętam smak kompotu truskawkowego, który piłam w czasie żniw z pokrywki blaszanej bańki. Żniwa w Haczowie były prawdziwe, bez bizona czy snopowiązałki; wujek wychodził z kosą, za nim szły kobiety i wiązały snopy. Mnie uczono robić powrósła, ale oddawałam się temu bez zbytniego zapału: zboże kłuło w ręce, fajniej było siedzieć na miedzy i patrzeć spod przymrużonych powiek na rozpalone lipcowym słońcem niebo.

Pamiętam smak gotowanych jabłek, rosnących na wielkim drzewie przy studni. Nigdy i nigdzie nie jadłam takich jabłek, gotowanych w całości, ze skórką. Kiedy trochę przestygły brałam je do ręki i próbowałam rozprostować zmarszczki, którymi się pokryły w gotowaniu i jadłam, jedno za drugim.

U Babci piłam mleko prosto od krowy, ale tak naprawdę prosto, dojone wprost do kubka. Ciocia Lusia nigdy by na coś takiego nie pozwoliła w obawie przed zarazkami i Bóg wie czym, mleko musiało zostać przecedzone przez pieluchę i dopiero wtedy mogłam go spróbować. U Babci było zupełnie inaczej. Podstawiałam swój kubek pod dojek, stojąc sztywna, trochę wystraszona bliskością ciepłej, dużej krowy, a Babcia pociągała fachowo i do kubka leciała strużka za strużką pachnącego, ciepłego mleka z pianką.

U Babci piekłyśmy placki na blasze. Z mąki, wody, jajka i sody (w Haczowie na sodę mówi się “proza”) Babcia robiła ciasto, z którego lepiłyśmy różne kształty, a potem Babcia odsuwała na bok garnki i układałyśmy je na gorącej blasze. Placki piekły się nierówno, w miejscach gdzie dotykały blachy pokrywały się czarnymi bąblami. Były twarde, ale smaczne jak nic innego. Piekłyśmy je też po powrocie z wakacji w domu na patelni, ale to już nie było to.

Niedaleko domu Babci był niewielki zagajnik, w którym rosły leśne maliny i poziomki, maleńkie, ale słodkie jak miód.

Wakacje u Babci były niekończącą się przygodą. Wszystko miało niezwykły urok: woda ze studni, wyciągana przy użyciu żurawia, nocleg w skrzypiącym łóżku na sienniku ze słomy, kolorowe, perkalowe zasłonki w łączkę, pelargonie na parapetach, które rosły bujnie i przesłaniały prawie całe niewielkie okienka. Nawet woda na herbatę, którą gotowało się grzałką i trzeba było umiejętnie przenieść grzałkę z jednej szklanki w żółte kwiatki do drugiej.

Kiedy Babcia mówiła nam dzieciom o śmierci, z uśmiechem i trochę kokieteryjnie stwierdzała, że jest już stara i chyba czas się zbierać na tamten świat nie posiadałyśmy się z oburzenia.

– Ty nie umrzesz, inni ludzie umierają, ale babcia nie umrze! – powtarzałyśmy pewne siebie.

Babcia uwielbiała długie listy i długie opowieści. Kiedy przyjeżdżałam do niej sama, siedziałyśmy wieczorami w kuchni (w “izbie”) na ławie pod oknem, w świetle słabej żarówki w prostym, metalowym abażurze (można powiedzieć, że to był taki prototyp tych sprzedawanych dzisiaj w Ikei) i przy tykaniu dużego budzika, który zawsze pokazywał inną godzinę niż była, bo Babcia wolała, żeby szedł wcześniej – i opowiadałam jej o studiach, o Krakowie, o moim życiu. Słuchała z wielkim zainteresowaniem, trzymała mnie za rękę i patrzyła na mnie z miłością. Śmiała się, wykrzykiwała “o matko!” i chciała więcej i więcej. Nigdy nie mogła się nami nacieszyć.

Nasze wizyty u Babci przy okazji imienin czy świąt zawsze były za krótkie. Wyjeżdżaliśmy z domu bladym świtem, jeden autobus, potem drugi i trzeci, u Babci byliśmy koło południa, a już po 15.00 musieliśmy się żegnać, żeby zdążyć na powrotny. Kiedy nocowałam u Babci, rano odprowadzała mnie na autobus, żegnała na przystanku, kupowała ciasteczka na drogę.

Babcia nie lubiła ciemnych kolorów, czarny był dla niej kolorem żałoby i żadne mody ją nie interesowały. Ileż bitew stoczyłam z mamą, kiedy przed każdym wyjazdem do Babci musiałam ubierać na siebie ciuchy jasne i kolorowe, a chciałam jechać na czarno!

Babcia była wyjątkowo uparta. Nie mogła uwierzyć, że nie słodzę herbaty.

– Oszczędzacie na cukrze – kiwała współczująco głową i kiedy ostatecznie, żeby się z nią nie spierać, zgadzałam się na wsypanie mi jednej łyżeczki, natychmiast wsypywała mi trzy i mieszała energicznie, bo zawsze próbowałam ją przechytrzyć i pić nie mieszaną.

Babcia była uparta i nie dała się przekonać, kiedy mama namawiała ją, żeby zamieszkała z nami chociaż przez zimę. Zawsze miała coś do roboty, co ją trzymało w Haczowie: a to kurczątka małe, a to kurki, a to kotek…

Ostatnią radosną imprezą u Babci były jej imieniny 8 września 2002 r. Dzień był piękny, niezwykle ciepły i słoneczny. Przyjechała cała rodzina, wynieśliśmy stół przed dom, zaśmiewaliśmy się do łez upojeni słońcem, końcem lata, rodzinnym zebraniem.

Potem moja mama mówiła:

– Było tak przyjemnie… A ja czułam, że to ostatni raz.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem Babcia miała wylew. Sparaliżowana, nieprzytomna trafiła do szpitala. Przyjechałam do domu w Wigilię, a mama kilka godzin wcześniej pojechała do Babci, 200 km na wschód. Powiedziała, że nie zostawi mamusi samej w szpitalu w Boże Narodzenie, chwyciła torebkę, płaszcz i pobiegła do autobusu. Pielęgniarki machnęły ręką: w taką noc jak chce, to niech siedzi przy matce. I moja mama siedziała, tuliła ręce nieprzytomnej Babci i szeptała do niej. W Boże Narodzenie pomagała dwóm innym staruszkom na sali, przynosiła, podawała. Drugiej nocy poszła szukać hotelu, ale jedyny hotel w B. w pierwszy dzień Świąt był nieczynny. Pielęgniarki nie pozwoliły jej zostać na oddziale, więc poszła do kaplicy, przespała się kilka godzin na siedząco i wróciła na posterunek.

Tamtego bożonarodzeniowego dnia w szpitalu nie poznałam Babci. Na łóżku leżał ktoś zupełnie obcy. Choroba zmieniła jej łagodną twarz w sztywną maskę.

Zabraliśmy mamę do domu w drugi dzień Świąt. Babcia odzyskała przytomność, ale w zasadzie nie było z nią kontaktu. Z dnia na dzień stan się powoli stabilizował, Babcia była coraz bardziej przytomna, ale paraliż nie ustępował. Mama nie mogła się doczekać, kiedy zabierze ją do domu, budząc tym szczere zdumienie lekarzy.

– Na ogół rodzina się tak nie spieszy, żeby zabrać chorego do domu – mówili, w zadumie spoglądając na mamę.

Potem nam mówiła tonem oczywistości:

– Przecież widziałam, jak te salowe zajmują się chorymi, nie robią niczego, czego ja nie potrafię zrobić.

Oboje z tatą zorganizowali wszystko precyzyjnie. Wypożyczyli szpitalne łóżko, kupili materac przeciwodleżynowy, umieścili Babcię w najcieplejszym pokoju w domu, zatrudnili masażystkę, opiekowali się nią na zmianę.

– Babcia będzie chodzić, mówię wam, mocno w to wierzę – powtarzała mama.

Babcia bardzo chciała chodzić, ale nie była w stanie przejść dwóch kroków. Ona, zawsze taka ruchliwa i zabiegana, nagle została przykuta do łóżka. Była całkowicie przytomna, wiedziała, co się z nią dzieje, sytuacja, w której zdana jest całkowicie na innych bardzo ją krępowała. Ogromnie wdzięczna za wszystko, życzliwa i cierpliwa do końca.

Obiecywaliśmy jej:

– Babciu, jedz, żebyś miała siłę tańczyć na moim weselu!
– Jedz mamusiu, idzie wiosna, wstaniesz z łóżka i pomożesz mi jarzynki sadzić.
– Przyjedzie Piotruś, to wsadzimy ci go do łóżka i będziesz go bawiła!

Babcia radośnie kiwała głową: tak, wstanie, pomoże, pobawi Piotrusia.

Pewnego razu Babcia zawołała mamę i zaczęła jej klarować: jej najmłodsza siostra ma syna, który się nie ożenił, a siostra jednego z zięciów Babci, wujka Romka, ma córkę, która jest bardzo dobrą dziewczyną i trzeba by ich ze sobą poznać. Mama zaprosiła więc ciocię i przedstawiła jej sprawę, ale jak się okazało, syn już zdążył znaleźć sobie dziewczynę.

Trzy lata i trzy miesiące Babcia spędziła w łóżku albo na wózku. Bardzo lubiła towarzystwo, więc siedziała przy stole z gośćmi przy każdej okazji, przy świętach, imieninach, przysłuchiwała się, śmiała. Mówiła z trudem, ale rozumieliśmy ją dobrze, bo słuchaliśmy ją trochę uchem, a trochę sercem. Była zachwycona swoim prawnuczkiem Piotrusiem. Cieszyła się z każdych odwiedzin, otwierała szeroko oczy, kiwała głową, uśmiechała się, mocno ściskała nasze ręce.

W tę Niedzielę Palmową byliśmy się z nią zobaczyć. Była już bardzo słaba, bledziutka, nieobecna. Od kliku dni bardzo cierpiała, nie mogła jeść, nie mogła mówić. Lekko uśmiechnęła się na widok Piotrusia, uścisnęła dłoń Męża, który pocałował ją w rękę.

Dziś wieczorem o 21.00 dmuchnął mocniejszy powiew wiatru i zgasił delikatny płomyczek Jej życia. W pamięci mam zdjęcie, które zrobiłam Jej we wrześniu 2002, tej ostatniej, pięknej, imieninowej niedzieli. Uśmiechnięta, z lekko pochylona głową, uczesana jak młoda dziewczyna: włosy obcięte na równo z uszami lekko kręciły się jej pod spód, w białej bluzce z ładnym kołnierzykiem stoi na tle zieleni.

Taką Cię Babciu zapamiętam. Moja kochana, Młoda Babciu, która miałaś nigdy nie umrzeć.

Napisano w Od Rana Do Wieczora

2 comments on “Babcia, która miała nie umrzeć
  1. Dorota napisał(a):

    Poryczałam się jak bóbr. Pięknie I wzruszajaco opisana Babcia, która miała nie umrzeć. Taka kochana.

    Pozdrawiam.
    Druga Dorota

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*