Ciocia Lusia, moja chrzestna matka, przeżyła 86 lat. Zmarła 3 lipca 2026. Bardzo jestem ciekawa, czy wchodząc do nieba rzuciła aniołom zaczepne: „A wy co, lody będziecie sprzedawać, żeście się tak na biało ubrały?”.
Z dzieciństwa pamiętam, że była w wiecznym biegu i świetnie gotowała. Uczyła się w szkole gastronomicznej, prowadzonej przez siostry zakonne w Nowym Sączu. Miała zdjęcie z tej szkoły, które dobrze zapamiętałam: szkoła była żeńska, więc w szkolnym przedstawieniu Ciocia Lusia grała ułana. Sądząc po minie, wolałaby grać panienkę w zwiewnej sukieneczce. Ta dziewczynka w roli chłopca bardzo mnie dziwiła, aż do czasu, kiedy odgrywałam Kopciuszka w pierwszej klasie i jako książę partnerowała mi Kasia.



Ciocia Lusia była zawsze szybko, szybko: makaron rach-ciach, na talerze, rosół, jedzcie, jedzcie, póki ciepłe. Nie było ciepłe, było gorące, wrzątek, ukrop, rosół musiał gotować się na talerzu, bo tak lubił Tatuś – wszechwładny Pan i Władca domu przy Marii Konopnickiej.
Niedzielne obiady u Dziadzia Franciszka (a potem u Ciotek) to była święta tradycja. Prosto po kościele szliśmy na Konopnickiej, do obiadu kręciłyśmy się po domu, z uwzględnieniem pokoju Dziadzia-krawca. Szczególnie atrakcyjna była jedna szuflada w drewnianym, wielkim stole do krojenia tkanin, otwierała się z trudem, pachniało w niej smarem do maszyny i wodą kolońską. Były w niej przeróżne skarby, których nie wolno było dotykać, a wśród nich potężne, ostre nożyce, całe z metalu. Dziadziu głównie siedział i patrzył w okno, zatopiony w myślach, a od czasu do czasu, w przypływie czułości, sadzał nas na kolanach i szorstkim mimo niedzielnego golenia policzkiem tarł o nasze policzki, my piszczałyśmy, dziadek śmiał się, a potem pachniałyśmy jego wodą kolońską.
W tym czasie Ciocia Lusia była w kuchni, uwijała się jak w ukropie, żeby zdążyć z obiadem.
W radiu trębacz grał hejnał i chodził głośno po drewnianej podłodze Wieży Mariackiej, a gdy cichły jego ostatnie kroki i spiker mówił o stopniu zasilania, siadaliśmy do obiadu, bo w porządnym domu obiad jest przed 13.00. A w niedzielę to nawet zaraz po 12.00.
I wtedy wkraczała Ciocia Lusia, przejęta, z rosołem z młodego kogutka na talerzach, a Ciocia Dziunia dbała o odpowiednio obfitą porcję pietruszki w każdym talerzu. Miała ją posiekaną na talerzyku i sypała do talerza takim ukradkowym ruchem, w locie, rach-ciach, nim talerz dotknął stołu, żeby nikt się nie zorientował, jakim cudem klarowny, żółciutki rosół w jego talerzu zamienił się w staw porośnięty rzęsą wodną. Marudziłyśmy na tę pietruszkę, plułyśmy nią, co zdecydowanie nie przystoi takim ładnym dziewczynkom w niedzielnych sukienkach, a niezmordowana Ciotka-laborantka medyczna tłumaczyła, że witaminy, witaminy!…
Potem zaczynały się kolejny rytuały:
– Jedzcie, póki ciepłe.
– Zjadłaś? Pewnie głodna byłaś, daj, doleję ci.
– Pojadłam sobie, dziękuję, napr… No dobrze, to jeszcze chochelkę.
– Nie zjadłaś? Pewnie ci nie smakuje!…
– Pyszne było, tylko już nie mo… A, dobrze, skoro już nałożyłaś, to zjem jeszcze troszkę.
To były dialogi zrezygnowanej Mamy z Ciocią Lusią. Dialogi taty wyglądały zupełnie inaczej. Kiedy Dziadziu przeniósł się do wieczności, mój tata próbował przeforsować swoje porządki.
– Czemu taki wrzątek lejesz do talerzy, to niezdrowo!
– Rosół musi być gorący. Jedz, nie gadaj!
Bo kto by tam słuchał najmłodszego brata, którym kazali się zajmować, jak się samemu ledwo od ziemi odrosło i który nie chciał spać, tylko darł się w kołysce i człowieka od zabawy odciągał.
No a mała Dorotka… Dorotka była niejadkiem. Po latach myślę, że Dorotka była leniwa i nie chciało się jej łyżki podnosić (Tyle powtórzeń! Co za nuda! – dziś, kiedy szydełkuję, myślę z rozbawieniem o tym problemie powtarzalności ruchów). Niezależnie od przyczyn, Dorotka siedziała i patrzyła w talerz. Albo końcówką łyżki uważnie łączyła oka na rosole, aby powstało jedno wielkie oko. I nie jadła. A tata się złościł.
I tu znowu wkraczała Ciocia Lusia. Od progu rozlegał się jej sceniczny szept i ponaglające przyzywanie palcem:
– Psssst, Dorotko, chodź no tu!
Zsuwałam się z krzesła w pokoju gościnnym i dreptałam do kuchni, gdzie zasiadałam przy stole przykrytym ceratą, Ciocia Lusia siadała obok i od tej chwili cała moja aktywność ograniczała się do otwierania ust, rozgryzania makaronu i połykania, bez nudnego wiosłowania łyżką. Żyć, nie umierać! 🙂
Ciocia Lusia piekła wspaniałe drożdżowe z kruszonką i placek z jabłkami, w bardziej wyrafinowanych kręgach zwany szarlotką.
Ciocia Lusia odbierała mnie ze szkoły. Pamiętam jej sukienkę na stójce uszytą z bistoru, brązową w niebieskie kwiaty, wąską, przykrywającą kolana. Ciocia Lusia lubiła niebieski, bo to kolor maryjny. Kilka lat temu zrobiłam jej chustę i oczywiście była niebieska.
Ciocia przyjeżdżała po mnie do szkoły rowerem i wracałyśmy – ona pedałując co sił, żeby prędzej, prędzej!, ja na bagażniku, z szeroko rozstawionymi nogami, żeby stopa nie wkręciła się w szprychy.
– Trzymaj się siodełka! Trzymaj się mocno, żebyś nie spadła! – powtarzała Ciocia, co chwila odwracając głowę w moją stronę.
– Trzymam się, trzymam – odpowiadałam, przymykając oczy i rozkoszowałam się słońcem i wiatrem, rozwiewającym moją grzywkę.
Pewnego razu w drodze ze szkoły wstąpiłyśmy razem do jarzyniaka Pani Michałkowej – takich jarzyniaków już nie ma: ciemnych, zimnych, na parterze starej kamienicy, przesiąkniętych aromatem jabłek i kiszonej kapusty. I właśnie kiszoną kapustę kupiłyśmy, niedużo, do woreczka, bo Cioci brakło do obiadu.
Jechałyśmy przez Wojnicz, ja na bagażniku z tym woreczkiem kapusty w garści i zamiast trzymać się mocno siodełka, podjadałam po odrobinie. Do dziś kocham kiszoną kapustę.
Ciocia Lusia nie lubiła zdjęć. Obie nie lubiły, trudno powiedzieć, która bardziej, Lusia czy Dziunia. Odkąd pamiętam, powtarzały jedna za drugą, że są stare i brzydkie. A przecież kiedy szłam do Pierwszej Komunii, Ciocia Lusia była ledwo po czterdziestce! Klasyką w naszych starych albumach są zdjęcia: pt. łyse niemowlę z gigantyczną szopą włosów – ciocia poproszona o zdjęcie z którąś z nas, zasłaniała się dzieckiem.
Im jestem starsza, tym lepiej tę niechęć do zdjęć rozumiem…
Przez ostatnie trzydzieści lat Ciotki powtarzały też, że niedługo umrą i Lusia zawsze dodawała, żebyśmy się nie kłócili o majątek. Zawsze się z tego śmiałam. Jaki majątek? Ale Ciocia miała w zanadrzu historię o polu i lesie, które dzierżawiła ciotka jej mamy i w końcu owa ciotka babci Katarzynie to pole zabrała.
Kłócić się nie mamy o co, bo Ciocia wszystko pole przepisała na nas już lata temu. Dostaliśmy z mężem od niej działkę na Wróblowym. Nazwa taka, bo pole kupione od pana Wróbla. Działka piękna, pół hektara, Ciocia liczyła, że tam kiedyś się wybudujemy, albo sprzedamy i kupimy za to mieszkanie w Krakowie. Nie wiedziała, że za tę piękną działkę, za te pół hektara, to nawet komórki lokatorskiej w Krakowie by nie kupił. Działka jest nasza do dziś, bo nie chcę jej sprzedawać, owej ciotkowizny.
Ciocia Lusia zawsze miała dużo do powiedzenia, była nie do przegadania. Miała w zanadrzu mnóstwo powiedzonek.
„JezusMarioJózefie święty!” – wykrzykiwała przerażona lub zadziwiona. Cały pakiet imion świętych nadaremno i na jednym oddechu.
Oczywiście wytykałam jej to na każdym kroku.
„Już ty nie bądź taka do przodu, bo ci z tyłu braknie!”
Na małe, słodkie dzieciątka, szczerzące się w bezzębnych uśmiechach, mówiła „aniołki z ciepłą dupką”.
Zawsze krytykowała moje stroje.
Każda spódnica była za. Za krótka. Za długa. Za wąska.
„Powinnaś ubrać taką spódniczkę, żeby tak ładnie cię w pasie poszerzyła!”
Nooo, każda dziewczyna lat 15 marzy o tym, żeby się poszerzyć w pasie! :-))))
Przyszłam kiedyś cała na biało: „A coś ty się tak ubrała, lody będziesz sprzedawać?”
W drodze do szkoły przechodziłyśmy pod jej oknem, zatem wiedziała, kiedy idziemy bez czapki, kiedy bez szalika i kiedy za głośno śmiejemy się z koleżankami. W czasach, gdy Wojnicz został tknięty palcem telefonizacji, nasza mama pracowała w centrali telefonicznej na poczcie i dostawała bieżące raporty na te wszystkie tematy. Ciocia Lusia nadawała na żywo, a mama wiedziała o wszystkim, zanim zniknęłyśmy za pierwszym zakrętem.
Kiedy byłam w starszych klasach podstawówki, przeprowadziliśmy się na drugi koniec Wojnicza i Ciocia Lusia straciła nas z oczu. Zatem dzwoniła do nas do domu po kilka razy dziennie, pytając, czy mama w domu i co robimy.
– Sprzątamy – odpowiadałam ponuro prawie za każdym razem, bo jak tylko któraś z nas dawała mamie znać, że się nudzi, to zaraz dostawała coś do ogarnięcia.
– A co wy tam nasrane macie, że tak ciągle sprzątacie??? – wykrzyknęła kiedyś poddenerwowana Ciocia.
Umiała narysować łabędzia bez odrywania ołówka od kartki. To spuścizna rodzinna, bo mój tata też tak potrafi. Koniecznie muszę się nauczyć.
Nagle Ciocia Lusia ze żwawej i wiecznie w biegu nagle stała się powolną staruszką. Nagle – bo nie umiem wskazać tego momentu. Wyjechałam na studia, wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ciocia zestarzała się i zniedołężniała. Z trudem poruszała się po domu, najpierw samodzielnie, potem o lasce. Od wielu lat miała kłopot z kolanem, które wymagało interwencji chirurgicznej, ale nie chciała o tym słyszeć. Co kilka miesięcy chodziła do lekarza, który był synem lekarza, który leczył Dziadzia. Lekarz, darzony pełnym zaufaniem Doktor S., który co powiedział, było dla Cioci Lusi święte, namawiał na operację, ale nawet jemu odmawiała. Potem już nie namawiał, bo objawiły się rodzinne kłopoty z sercem.
Cztery lata temu przewróciła się i złamała kość udową, odbyła peregrynację szpitalną i od tamtej pory była leżąco-siedząca. Tylko asekurowana przez rehabilitantkę, z chodzikiem, robiła kilka kroków od okna do łóżka dwa razy w tygodniu. Opiekowała się nią Ciocia Dziunia i moja siostra Agnieszka, mieszkająca najbliżej Ciotek. Nie chciała słyszeć o przeprowadzce do nas ani nawet do moich rodziców.
– W tym domu urodziłyśmy się, w tym domu umrzemy – powtarzały obie Ciotki zgodnym chórem.
Umarła rano, spokojnie zasnęła we własnym łóżku – tak jak chciała. Jeszcze ksiądz z ostatnim namaszczeniem zdążył.
Nigdy nie założyła rodziny, my trzy byłyśmy jej dziećmi, a potem nasze dzieci. Zawsze cieszyła się naszymi sukcesami, zawsze czekała na telefon, na odwiedziny, wciskała nam pieniądze i słodycze.
Ostatni prezent od Cioci Lusi dostałam pod koniec czerwca.
– Na te twoje okrągłe urodziny – powiedziała uroczyście.
– Ciociu, ale to było półtora roku temu! – zaśmiałam się.
– Eeee… no nie gadaj! Niemożliwe!
Skoro Ciocia mówiła, że niemożliwe, żebym miała 51 lat, to Ciocia ma rację, prawda? 🙂
Dodaj komentarz