Czy da się żyć bez Facebooka?

Tegoroczny Wielki Post spędziłam z dala od fejsa. O powodach już pisałam, nie będę się powtarzać. Chcę Wam teraz opowiedzieć, jak mi z tym było.

fot. Tumisu, pixabay.com

Na pewno było spokojniej, ciszej. Czułam się tak, jakbym jedną nogą była na pustyni. Drugiej trzymały się moje śliczne, jasnogłowe dziateczki, żywe sreberka z wiecznie trelującymi gardziołkami. Byłam bardziej z nimi, tu i teraz, nie rozpraszały mnie wybiórcze informacje na temat cudzych spraw, nie zaprzątałam sobie głowy cudzym życiem. Żyłam swoim, choć – uwierzcie – nie zawsze było to łatwe i przyjemne. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że dużo łatwiej i przyjemniej jest podglądać cudze.

Czy zyskałam więcej czasu?

Z czasem jest tak, że niby nie jest z gumy, ale jakoś jest. Nie masz dzieci, pracujesz, zajmujesz się domem, wieczory spędzasz tak jak lubisz – masz dzień wypełniony po brzegi. Rodzą się dzieci, więc zajmowanie się nimi staje się kolejnym elementem codziennej układanki. Trzeba zająć się kimś bliskim przewlekle chorym i wydaje ci się, że nie uciągniesz – a jednak i to godzisz z dotychczasowym życiem. Czasem mąż wyjeżdża na dłużej, zostajesz ze wszystkim sama, nie wiesz, w co ręce włożyć, ale przecież dajesz radę. W każdej nowej sytuacji zmienia się rozłożenie akcentów, na scenie następuje przetasowanie, pierwszoplanowe zajęcia schodzą na drugi plan, itd. Z FB było podobnie: niby przeglądanie go zajmowało mi dużo czasu, ale i tak musiałam zrobić to, co do zrobienia miałam. W Wielkim Poście ilekroć pomyślałam o fejsie, tyle razy starałam się odmówić krótką modlitwę, tak jak to zaplanowałam. Zatem bez dwóch zdań modliłam się więcej niż zwykle. Co więcej, ten nawyk mi pozostał.

Trudne początki

Pierwsze dni były trudne. Co raz łapałam się na tym, że zawieszałam palec nad klawiszem F. Pierwszej nocy przyśniły mi się liczne powiadomienia, przyzywające mnie syrenim śpiewem. Potem przestałam śnić o błękitnej stronie i przestałam o niej myśleć.

Czy FB jest mi potrzebny? Czy ja jestem potrzebna na FB?

Trochę statystyk: w czasie tych ponad czterdziestu dni mojej nieobecności uzbierało się jakieś 30 wiadomości (z tego może ze trzy istotne, które zresztą wyjaśniły się mailowo) i ze 200 powiadomień o sprawach, bez których naprawdę można żyć („strona A ma nową nazwę”, „XY polubił twoją stronę”…) Kilka razy musiałam się zalogować. Raz, kiedy okazało się, że logowanie do Woblinku mam ustawione via FB, a wszak postu od kupowania książek nie ogłaszałam, a kolejne dwa, gdy próbowałam bezskutecznie skontaktować się z dwiema osobami mailowo, a wiedziałam, że na fejsie je zdybię. Kiedy logowałam się te kilka razy z musu, to… (dziś wydaje mi się to śmieszne!) robiłam to z obawą, że ktoś mnie wypatrzy i powie: aaa, patrzcie ją, taka niby twardzielka, a nie wytrzymała! ha, ha! I nikt nie zauważył, a jeśli zauważył, nie skomentował. Czyli mały pstryczek w nos w temacie „jaka to ja jestem ważna i potrzebna i jak to cały świat na mnie patrzy” 🙂 Jestem ważna i potrzebna moim bliskim, nikomu więcej. Niby taka oczywista rzecz, ale warto ją sobie uświadomić.

fot. FirmBee, pixabay.com

Zdystansowałam się

Nabrałam dystansu do tego, co mnie bezpośrednio nie dotyczy. W sensie: nie tracę ani minuty na coś, co mi kradnie czas i nie daje nic w zamian. Pełne reklam i sugestii polubień ekrany przypominają przedzieranie się przez mgłę. Oko lata od jednego okienka do drugiego, tu miga, że ktoś pisze komentarz, tam coś nowego się pojawia, a ja już nie wiem, dokąd zmierzałam i po co tu wlazłam. I nie, żeby takie snucie się i oglądanie obrazków i czytanie błyskotliwych komentarzy koleżanek i kolegów nie było przyjemne – ależ jest przyjemne, szalenie przyjemne, tyle że rozpaczliwie doraźne: nic z tego nie zostaje we mnie na dłużej, nie pomaga mi żyć.

Życie towarzyskie

Utopią jest, że dzięki fb kwitnie nasze życie towarzyskie. Pewnie, że fajnie widzieć lajki pod swoimi postami, ale kiedy pewnego razu złapałam się na smuteczku, że ojej, tylko trzy lajki, a taka fajna notka przecież, to się postukałam w głowę. Jeśli chcę wiedzieć, co u koleżanki, to wymieniam z nią kilka maili czy wiadomości, a nie zaglądam na jej walla i nie zostawiam lajków i komciów. I znowu: lubię widzieć lajki pod swoimi wpisami, więc – zgodnie z moją życiową dewizą „Czyń drugiemu, co tobie miłe” –  nie szczędzę ich bliźnim. Ale jednak stawiam na podtrzymywanie więzi drogą prywatną. Wiadomo – nie da tak się ze wszystkimi. Ale czy ze wszystkimi warto?

Teraz koronny argument: jestem na FB, żeby promować swoje działania w Internecie

Oglądalność strony od-rana-do-wieczora.pl w czasie Wielkiego Postu spadła. Może moi czytelnicy pościli od Internetu? 🙂 Unikalnych użytkowników miesięcznie goszczę ponad 3 tys. (3.100-3.200), w marcu liczniki odnotowały 2500. To jest spora różnica, szczególnie w sytuacji, gdy zależy mi na każdym odwiedzającym, bo jak wiadomo, to nie są dziś imponujące zasięgi. Ale nie byłam zaskoczona, wiem po sobie, że zapominam o tej czy innej stronie, dopóki ktoś mi linka pod nos nie podstawi. Zobaczymy, jak będzie teraz, czy regularne umieszczanie linków na FB podniesie statystyki.

Przez te 40 dni praktycznie w ogóle nie przeglądałam Internetu. Pisałam notki na bloga, sprawdzałam komcie (może częściej, niż powinnam, ale ja okropnie łasa jestem na interakcje, w końcu po to bloga piszę, żeby mieć czytelników, pisanie do pamiętniczka na kluczyk nie miałoby ani połowy tego uroku), zaglądałam na znajome blogi. Wszystkie hiobowe wieści z kraju i świat przynosił Mąż, nie fejs.

Jakie wnioski?

No i tak. Mój post od postów (świetne sformułowanie autorstwa Pani Katarzyny Szantyr-Królikowskiej) był bardzo odświeżający. Mniej okazji do wchłaniania nieistotnych faktów i kolorowych obrazków, o których zapomina się po kilku minutach, przełożyło się na wzrost skupienia uwagi i polepszenie koncentracji – zauważyłam u siebie problemy z przeczytaniem dłuższego tekstu z pełnym zrozumieniem. Już myślałam, że to Alzheimer, gąbczaste zwyrodnienie mózgu (bo to mało żelków Haribo się w życiu zjadło), bądź SKS, ale wyobraźcie sobie – przeszło jak ręką odjął. Czytałam książki, artykuły w prasie. Czytałam bez przymusu natychmiastowego skomentowania (i nawet bez możliwości – jak tu skomentować fragment artykułu w papierowej gazecie?!). Była to trochę lekcja pokory. Pozbyłam się kompulsywnego scrollowania FB, nie odczuwam już ciśnienia, żeby się zalogować natychmiast po włączeniu komputera. To mi się podoba, czuję się z tego powodu lżejsza, bardziej wolna, wyzbyta nałogu.

Z drugiej strony czas bez FB zbiegł się z kulminacją moich wiosennych dołów. Może z fesjem byłoby mi lżej? Nie ma nic gorszego niż świadomość, że jest się jedyną osobą na świecie, która czuje się podle bez wyraźnego powodu. Facebook to kalejdoskop ludzkich losów, ktoś pisze o swoich sukcesach, ktoś inny o swoich nieszczęściach (to akurat rzadziej, ale jednak) i ma się poczucie, że jest w tym wszystkim jakaś równowaga. A i łatwiej napisać coś na fejsie, niż pójść do sąsiadki na kawę i lać łzy do tej kawy. I przyjemnie jest przeczytać pełne otuchy komentarze w stylu „trzymaj się”, „ściskam Cię” i inne (których Czytelniczki moje kochane i niezawodne nie szczędziły mi pod notką o najgorszym przedwiośniu ever), nawet ze świadomością, że większości obserwujących moje doły nie ruszają, bo mają własne.

Chciałabym móc napisać, że w czasie bez fejsa zrobiłam coś wiekopomnego: nową książkę napisałam, skończyłam dziergać na szydełku  obrus, który zaczęłam w ciąży z Wojtkiem, czy coś. Otóż nie. Nic, czym mogłabym się pochwalić. Pranie, prasowanie, sprzątanie, gotowanie, użeranie się z dziećmi – zwyczajna codzienność, jak u każdej z Was. Dumna jestem, że wytrzymałam – ale gdybym nie ogłosiła mojego postu publicznie, to może bym się złamała, a tak wstyd mi było nie wytrwać. Zatem, jeśli chcecie dotrzymać postanowień, powiedzcie o tym światu. Kiedy już nie będziecie mieć siły, to poczucie wstydu pomoże je odnaleźć 🙂

Jak widać, nie wynika z tego tekstu jednoznacznie, czy post od FB jest czymś dobrym, czy nie. Mnie zrobił dobrze, więc jestem zadowolona, że podjęłam wyzwanie. Dopiero z dystansu widać, że social media to wir, który wciąga nas głębiej i głębiej, nawet kiedy uważamy, że ależ, przecież wciąż utrzymujemy się na powierzchni.

Amen 🙂

Napisano w Od Rana Do Wieczora

Tagi:

15 comments on “Czy da się żyć bez Facebooka?
  1. Marcin napisał(a):

    Wiem, że temat jest sprzed kilku miesięcy ale straszny mętlik powstaje w mojej głowie gdy mam styczność z tematami dotyczącymi Facebooka i social medii. Nie posiadam konta, nie mam z tym styczności i jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Nie rozumiem dlaczego social media stały się nieodłączną częścią życia. Ludzie młodzi, w średnim wieku jak również w podeszłym posiadają konta na Facebooku, instagramie itp. stronach. W wielu przypadkach odwiedzenie fb jest pierwszą czynnością jaka robimy po przebudzeniu. „Zalogowanie się do życia”, a wieczorem ostatnia czynnością jaka wykonujemy przed snem jest wizyta na fb….”trzeba się wylogować”. Jaki jest tego sens? Piszę o tym gdyż jest to jeden z moich problemów w życiu. Problem dotyczy mojej narzeczonej która totalnie zatracila się i wpadła w maniakalny wir. Mogę powiedzieć jasno i z czystym sumieniem, że niszczy sobie życie. Od 2 lat nie pracuje, zaniedbała wszelkie plany na przyszłość. Jest zawieszona… wegetuje. Jest szczęśliwa w czasie gdy przez wiele godzin wpatruje się w wyświetlacz telefonu. Gdy jest awaria internetu wpada w histerie. Potrzeba zalajkowania nowego posta jest silniejsza niż realizowanie się w życiu. Social media to przekleństwo XXI w. Rozwój technologii potwornie ogranicza człowieka, czyż to nie jest niesamowity paradoks? Momentami czuje się strasznie wyobcowany, czuję, że nie pasuje do dzisiejszych czasów. Często słyszę z ust mojej wybranki, że jestem „niedostosowany dzisiejszego życia. Ale czy to jest właśnie pełnia i sens życia by podglądać życie innych? To ja mam się zmienić czy świat zwariował. Mam 26 lat, jestem osobą młoda więc tymbardziej dziwnie mi z tym.

  2. anna napisał(a):

    Wiesz, napisałaś dwa bardzo cenne zdania, pod którymi podpisuję się wszystkimi kończynami. Te,„jaka to ja jestem ważna i potrzebna i jak to cały świat na mnie patrzy” Jestem ważna i potrzebna moim bliskim, nikomu więcej. Niby taka oczywista rzecz, ale warto ją sobie uświadomić.” Mnie swego czasu nie było na fb ponad tydzień. Ło matuchno, pomyślałam, ileż to znajomych będzie się niepokoiło, ile osób napisze co się stało, gdzie ona jest? I co? I nic. Nikogo to nie obeszło. Fejs to nie świat, świat to moi najbliżsi. Pozdrawiam Cię serdecznie. Fajnie, że jesteś z powrotem.

  3. lisianora napisał(a):

    scrolluję nieustannie, aż poziom mojego wnerwu na samą siebie wzrasta na tyle, że się wylogowywuję całkiem. ale nie na całkiem długo niestety. Czuję, że czas mi ucieka na pierdoły, a mogłabym np książkę poczytać.

  4. kwiatkowska napisał(a):

    Czasem się nie da zrezygnować. Kiedy FB jest jednym z narzędzi pracy zawodowej i obowiązkowo trzeba na nim publikować.

  5. Aga napisał(a):

    Brawo, to wcale nie takie łatwe, ja nie wytrwałam:(
    Czy potrzebne? Oczywiście, żaden nałóg czy przymus nie jest dobry.

  6. Sylwia napisał(a):

    a ja wczoraj postanowiłam odpocząć od fb , tak po prostu bo jestem zmęczona
    też jestem ciekawa ile osób zauwazy że mnie tam nie ma , i ile zadzwoni by zapytać co ze mną
    najgorsze jest to że ja na fonie mam fb , jak chcę włączyć tam net to od razu mnie loguje
    na razie nie mam potrzeby włączać , zobaczymy jak długo wytrzymam obstawiam że kilka dni najwyżej 😀

  7. Do. napisał(a):

    Dziwna jest ta narastająca zewsząd „nagonka” na FB. Dla mnie robi się to nową modą – nie mam facebooka i jestem piękny, i szczupły, i nie tracę czasu na pierdoły, tylko zajmuję się konkretem! No niezupełnie się zgodzę – dla mnie FB to kopalnia wiedzy. Nie służy mi do tego, żeby wstawiać sweet foci swoich czy dziecka, nie służy mi do podpatrywania życia intymnego znajomych, ale dzięki niemu mam szybki przegląd nowinek z dziedzin, które mnie interesują i wiadomości z tych miejsc, które mnie naprawdę dotyczą. I to wszystko w jednym miejscu! Gdybym miała tych informacji szukać na osobnych stronach, to raczej by mi się nie chciało – i trochę bym przegapiła. Pomijam już fakt komunikacji z innymi 🙂
    Nie, nie spędzam na FB całych godzin. Nie spędzam nawet całych godzin w internecie. I to właśnie dzięki FB 🙂

  8. cypisek napisał(a):

    Brawo brawo brawo. Ja zrobiłam trochę, nie aż tyle co Ty, ale Twoje wnioski bardzo mnie dotyczą.

  9. marcelina napisał(a):

    Mnie ograniczanie fejsa dobrze robi na nastrój, bo mam tendencję do przejmowania się losem bliźnich. Kiedy chlusta na mnie fala złych wieści, to często się jej poddaję i psuję dzień sobie i rodzinie.

  10. Kajka napisał(a):

    Gratuluję! Ja też chciałabym ograniczyć fb, drażni mnie moje uzależnienie. Jednak właśnie z masą osób ( szczególnie tych młodszych odemnie o dekadę ) mam kontakt tylko i wyłącznie przez fb. Nawet nie mam ich numeru telefonu. Takie czasy. Ściskam mocno.

  11. sistermoon napisał(a):

    Och to scrollowanie przeklęte, wiem cos o tym. Muszę przemyśleć Twoja notkę i wyciągnąć wnioski

  12. mamaszostki napisał(a):

    Cieszę sie, że wytrwałaś 🙂
    Ja robiłam sobie taki „post od postów” (bardzo mi się podoba to sformułowanie, nawiasem mówiąc) co jakiś czas, głównie dla higieny umysłu, choć czasami ze zwykłego przymusu (zepsuty komputer). I ja zauważyłam, że zniknięcie z wirtualnej rzeczywistości wpływało pozytywnie na koncentrację, ale na pewno nie na zyskanie czasu, który zupełnie niepostrzeżenie wypełniał się całkowicie obowiązkami rzeczywistości niewirtualnej: a to porządki w szafie, to szycie, to pranie, to jakiś obraz czy rysunek do skończenia lub sprawy urzędowe, które sobie cierpliwie czekały. Nie wiem, czy więcej czasu poświęcam wtedy moim dzieciom. Ten rok jest wyjątkowy (egzamin gimnazjalny raz i matura raz), a moje latorośle są stare i potrzebują nieco innej opieki, więc bardziej liczy się moja gotowość do pomocy i wsparcie niż jakieś konkretne kroki. Ale i tak czuję się lepiej i pewniej zorganizowana, gdy więcej czasu spędzam z dala od blogowych i fejsowych notek. Te doświadczenia pozwoliły mi po prostu świadomie znikać z przestrzeni facebookowej czy blogowej kiedy mam taką potrzebę bez publicznego krygowania się. W tej chwili wiem, że mogę nie tylko zniknąć, ale i wrócić w dowolnym momencie. I to właśnie powoduje, że nie zawsze mam ochotę wracać.

  13. kolorki napisał(a):

    Gratulacje za wytrwałość 🙂 Ja bym miała problem, bo motywacja byłaby u mnie niska, pytanie „po co?” jest tu kluczowe. Chciałabym podjąć walkę z uzależnieniem od cukru, pochłaniam takie ilości, że aż dziwne, że się jeszcze nie toczę ;))) Może ogłoszę to gdzieś (na fejsie;P) publicznie :)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*